Part 12. "Prorok kokainy..." >> poniedziałek, 12 stycznia 2009 18:42:20

Po, przyznaję, dość długiej nieobecności, spowodowanej przede wszystkim niedziałającym serwisem, powracam z nowym rozdziałem oraz prośbą o mądre komentarze.

* * *

Wbiegła do domu, mając skromną nadzieję, że Tom nie dał Billowi kluczy do jej mieszkania. Nie dopuszczając do siebie myśli, że nadzieja matką głupich, otworzyła drzwi. Znalazła się w holu, witana radosnym szczekaniem Psa.
- Tak, wiem, kochanie. Znów nie miałam dla ciebie czasu. Obiecuję, że kiedyś to nadrobimy, co? - powiedziała, klękając przy nim i zanurzając ręce w jego gęstej sierści. Usiadła na ciepłej, drewnianej podłodze
- Karmiłem go – odezwał się drugi głos.
Kate podniosła głowę i uśmiechnęła się blado. Jurto musi przeprowadzić poważną rozmowę z Tomem na temat tego, kto i na jakich warunkach może wchodzić do jej domu.
- Też się cieszę, że cię widzę. – mruknął Bill, wkładając ręce do kieszeni. – Ale mówiąc szczerze, spodziewałem się odrobinę cieplejszego przywitania...
Metztli wstała i zmierzwiła ręką włosy. Naprawdę, nie miała pojęcia, co powiedzieć. Czy Tommy mówił mu, jak zareagowała na wieść o jego przyjeździe? Pokazywał zdjęcia z przecież jeszcze nie tak starych gazet?
- Cześć. – Odrzekła, podchodząc do niego. – Po prostu... zaskoczyłeś mnie. Nie wiedziałam, że tu jesteś. Tom nie powinien był cię tu przywozić, przecież nie wiedział, o której wrócę...
- To był mój pomysł. Pomyślałem, że może będziesz chciała... pogadać, albo coś. Ale widzę, że się przeliczyłem i nie jestem ci aż tak potrzebny... – rzucił. A może to nie ja, ale ty chciałeś... pogadać, albo coś? I co to jest to „coś”, Bill? Och, nie oszukujmy się, przecież oboje dobrze wiemy, po co tu przyjechałeś...

Spojrzała na niego, łapiąc go za rękę.
- Nie idź. Po prostu się ciebie nie spodziewałam. Myślałam, że zobaczymy się dopiero jutro... – powiedziała cicho. Objęła go lekko. Chciała wypaść przekonująco. Naprawdę tego chciała.
- Najlepiej na mieście? Żeby reporterzy znowu mieli o czym pisać. W końcu, dzień bez Kate dniem straconym, prawda? – w jego głosie coraz głośniej rozbrzmiewała złowieszcza nuta ironii.
- Przestań. Sarkazm do ciebie nie pasuje, promyczku. – uśmiechnęła się lekko. A miało być tak pięknie... miałam iść do lóżka naćpana i śnić najbardziej wyuzdane historie, na jakie tylko mogła wpaść ludzkość w krótkiej historii jej żywota... Teraz się nie naćpam, a do łóżka pójdę zapewne z tobą. Nie jest to najgorsza perspektywa, ale, no cóż, nie zmienia to faktu, że wszystko było ułożone inaczej.
- Kate... Co się z tobą dzieje? Przecież umiałaś...
- Ach... No tak. I mówi to ten, który sam pozwalał mi na ćpanie w swoim towarzystwie. Który sam tak bardzo rwał się do prochów. – Powiedziała, śmiejąc się smutno. – Mam kontrolę nad sobą, Bill. Mam kontrolę nad tym co robię. Mogę przestać, ale zwyczajnie nie mam powodu.
- A ja? My, twoje życie? Nie wiem, twoja kariera?! Proszę cię, nie okłamujmy się. Ty po prostu nie chcesz przestać, bo wiesz, że możesz nie dać rady! Powód?! Powód zawsze się znajdzie, Kate. Jeśli tylko będziesz chciała...
Wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? Przecież ja wiem, że ty masz rację. ale prędzej zarysuję swymi paznokciami twoje blade, niewinne policzki, niż przyznam się do tego... Usiadła na kanapie, patrząc na niego smutno. I znów widział te oczy. Wielkie, brązowe, tak szkliste i tam mało materialne oczy, przepełnione strachem i żalem. Oczy osoby, która w swoim życiu przeszła więcej, niż większość ludzi na tym świecie. Ciche i puste na zewnątrz i tak bezbronne w środku.

Bill usiadł obok niej i objął ją ramieniem,
- Wiesz przecież, że ja tylko chcę ci pomóc... Chcę być twoim przyjacielem. Chcę zabrać ten ból, chcę, byś zapomniała o całym tym świecie. Wróciła do nas. Mogła spojrzeć im wszystkim w oczy i powiedzieć, że jesteś silna. Że nie obchodzi cię, co o tobie myślą. – Patrzył na nią, a w jej oczach pojawiły się łzy. Nie były to łzy żalu, ale łzy znużenia i świadomości własnej bezsiły. To właśnie owej bezsiły Kate bała się najbardziej. Bała się, że kiedyś zaśnie, i już nie wstanie, a choć nie było to dla niej najgorszą perspektywą, nie będzie miała na to wpływu. Chciała kontrolować wszystko i właśnie ta chęć władzy spowodowała, że nie mogła kontrolować niczego. Nie była w stanie panować nad swoim ciałem, choć wmawiała samej sobie, że to możliwe. A on siedział teraz obok niej, próbując wytłumaczyć jej, że można cofnąć wszystkie destrukcyjne procesy, którymi była przepełniona. Że nic jeszcze nie jest stracone do końca.

Uśmiechnęła się lekko, kiedy zdała sobie sprawę z tego, jak naiwny i infantylny może być ktoś, kto w dalszym ciągu w to wierzy. Jak mało musiał przejść, jak bardzo skrzywiony obraz świata kreował pośrodku swych myśli. Ona, tak bardzo skrzywdzona i poraniona, silna jedynie słabością, nie potrafiła zaufać temu wyobrażeniu. Świat nie jest taki zły, świat nie jest wcale mdły, niech no tylko zakwitną jabłonie... Czy to tak? Piękna polska piosenka. Tak bardzo stara, że już nieaktualna. Ale ty wciąż żyjesz pośród tamtych dni. A ja... Patrzyła na niego. Tak szczerego i posłusznego wyrokom świata. Podziwiając go i wyśmiewając za te same cechy. Wiedział, kim był, czego chce. Miał ludzi, którzy wspierali ją w tych dążeniach. Może po prostu spotykała na swej drodze nieodpowiednich ludzi. Może urodziła się w nieodpowiednim momencie. Może była nieodpowiednią. Bo nieocenzurowaną. Bo wolną. Bo tak zniszczoną i samotną. Mówiła, że nie zna siebie, cytując jeden z wierszy Szymborskiej. Była bardzo związana z kulturą kraju jej matki. Ale nigdy nie pragnęła owego poznania. Przerażała siebie. Bo nie wiedziała, ile jeszcze może przejść i jak zakończy się jej wędrówka. Droga przez najciemniejsze myśli i związki. Kto ją stworzył? Właśnie, kto? Ludzie. Ludzie mnie do tego zmusili. Nieprawda. Sama stworzyłam siebie, ponieważ chciałam przekroczyć granicę. Granicę bólu, wyobrażenia, człowieczeństwa. Zniszczyć człowiecz4eństwo w sobie.

- Przestań, promyczku. Ja to nie ty. Ja już nie płonę. Nie zapłonę, nawet jeśli bardzo byś się o to starał. Mnie nie jest źle. Pogodziłam się z tym, jak jest. Pozwól mi być taką, jaką jestem... – szepnęła, rytmicznie kiwając głową. Zachowywała się, jakby była w transie. Bill powoli zaczynał się niepokoić. Przyzwyczaił się, co prawda, do skomplikowanego toku myślenia Kate i barwy jej wypowiedzi, było w tym jednak coś, czego nie słyszał dotąd w jej głosie – coś, co wzbudzało w nim strach. Był w nim niesamowity spokój, niezbyt odpowiedni, jeśli spojrzeć na podmiot rozmowy. Miała rację – nie było widać jej płomienia. Jak zwykle, miała rację. płomień osobowości Kate, prawdziwej i nieznanej, zgasł dawno temu, a nawet wykreowany przez nią samą ogień jej tożsamości płonął tylko wtedy, gdy zmuszona szarością rzeczywistości sięgała po narkotyki.

Mimo, że przerażało go to, co działo się z Metztli, podziwiał ją za to, że potrafiła podjąć decyzję o przekroczeniu granicy, do której on jedynie momentami się zbliżał. Tom nie znał dziewczyny, szczerze jej jednak nienawidził za jej sposób bycia i brak szacunku do czegokolwiek. Kate zdawała sobie sprawę z tego, że dla Billa przyjazd do Londynu, w środku trasy koncertowej, nie było łatwym zadaniem. Wiedziała, że po powrocie czeka go ciężka rozmowa z bratem, managerami i resztą zespołu. Nie chciała być okrutna, ale bawiło ją to. Bawiła ją sama osobowość chłopaka. Jego naiwność, delikatność i to, że ryzykował utratę czegoś, co było ważne dla niego specjalnie dla niej. Czasami, co prawda, siedząc wieczorami w domu, marzyła o tym, by być taką, jak on. Potem jednak schodziła na ziemię, otwierała oczy i widziała ten świat, okrutny, zimny, bezlitosny świat, w którym nikt nie szukał wrażliwości. Przypominała sobie o swym bólu, o życiu i karierze, która powinna tak bardzo ją cieszyć. Wtedy zaczynała patrzeć na Billa przez pryzmat swej skrzywionej, sarkastycznej oceny tego właśnie świata. Uśmiechała się ironicznie i przymykała oczy. Ecce homo. Insanus. Oto człowiek. Szaleniec. Oto człowiek, który wstaje. Który wciąż ma nadzieję. Który zasłania się wiarą i idzie dalej dzięki niej. Oto człowiek. Silny, choć tak słaby. Beznadziejny w swoich błędach, ale umiejący je naprawiać. Oto człowiek, ponoszący odpowiedzialność. Ufny i wierny, lojalny wobec przyjaciół i bliskich. Oto człowiek, jakim Kate nie była.

Śmieszyło ją to, ponieważ było wyjątkowo nieopłacalne i niezbyt mądre w jej mniemaniu. Choć wedle niektórych religii jej życie oznaczało przegraną, odrzucała przecież tę ideę. Chciała wygrywać. I wygrywała, choć może nie tak, jak chciałby Bóg. Dlaczego właściwie tak często mówię o Bogu? Uciekam się do wzniosłych pojęć wiary i nadziei, tak, jak gdyby naprawdę coś znaczyły. To prawda, nie jestem pewna, czy Bóg istnieje. Jeśli tak, przecież i tak już mnie skreślił. Jeśli nie... To jednak pieniądz rządzi światem. We wszystkich wymiarach...

- Nie chcę, żeby ci się stało, Kate. Przecież tak bardzo się krzywdzisz... Wiesz o tym... Spójrz. – Powiedział, pokazując jej cienkie, błyszczące blizny na jej wychudzonych nadgarstkach. – Gdybyś była szczęśliwa, nie robiłabyś tego. Uśmiechałabyś się, kiedy idziesz ulicą. Chcę cię uszczęśliwić, Kate, i...
- Och, proszę... – westchnęła, wymownie spoglądając w sufit. - Daruj mi kolejny wykład. Nic na siłę, dobrze? Wszystko w porządku, a to musi się tak skończyć.
Oczy Billa rozszerzyły się gwałtownie.
Uśmiechnęła się.
- To prawda. Muszą się dowiedzieć, że ćpam, piję, a potem nie pamiętam całych nocy, że moje wspomnienia ulatniają się z mojego życia. może nawet tego spróbują, aby zobaczyć, czy to naprawdę aż tak interesujące. Muszą wydać na mnie wyrok. Tak samo, jak nasz, nazwijmy to, powiedzmy, związkiem, musi się rozpaść, ponieważ zbyt bardzo się od siebie różnimy. – Rzuciła i podniosła rękę, kiedy chłopak chciał jej przerwać. – Teraz tego nie rozumiesz. Ale nadejdzie czas, kiedy wszystko wyda ci się jasne, dużo jaśniejsze niż moje lśniące blizny na żyłach, którymi jeszcze kilka dni temu płynęła krew równie gorąca i wierna jak twoja. Wszystko ma swój koniec, promyczku. A teraz powiedz mi, czy chcesz coś zjeść. Nie jestem co prawda, zbyt dobrą kucharką, nie wiem nawet, czy mam w lodówce coś zdatnego do spożycia, nie zmienia to jednak faktu, że jestem głodna.
- Możesz...
- Nie, promyczku. Nie mogę. Uznałam ten temat za zakończony, a ty... hm... ponieważ jesteś u mnie, zapewne będziesz musiał zaakceptować moją decyzję i pójść w moje ślady, w innym wypadku bowiem, będę musiała wyrzucić cię za drzwi.
- Zrób to. Nie mogę tak tego zostawić. – Mruknął, kręcąc przecząco głową.
- Oczywiście, że możesz. – Powiedziała, wracając do salonu z jabłkiem w ręku. – Nie wiem, jak ty, ale ja idę spać.

Wiedział już, że przegrał. Wzięła go za rękę, i uśmiechając się łakomie, poprowadziła go ze sobą do sypialni. Znowu była jego. Jego Kate, silną i niezależną, która pozwalała się okiełznać tylko jemu, tej nocy. Przycisnął wargi do jej spierzchniętych ust, kiedy oparła się o framugę drzwi. Delikatnie objęła go nogami w pasie. Chwycił jej talię i zaniósł do sypialny, kładąc jej drobne, szczupłe ciało na ogromnym łóżku. Jej długie palce przeczesywały jego włosy, pozwalając mu składać mokre, namiętne pocałunki na jej szyi. I znów było tak, jak być powinno. Była wolna. Była jego...

* * *

Pojechała z nim na lotnisko. Kiedy odchodził do odprawy, pomyślała nawet, że będzie za nim tęsknić. Samotna łza płynęła po jej bladym policzku. Potem długo patrzyła w ślad za odlatującym samolotem. Zaprosił ją do siebie na święta. Toczyła ze sobą wewnętrzną walkę. Chciała pojechać, ale nie dla niego. Chciała zobaczyć, jak wyglądają święta w normalnym domu, pełnym miłości i zrozumienia, domu, którego nigdy nie miała. Wydawało jej się to jednak zbyt okrutne i wyrafinowane. Wiedziała, że będzie musiała odsunąć od siebie Billa. Dla jego dobra. Dlatego, że nie żywiła do niego uczuć silniejszych, niż zwykłe przyjacielskie przywiązanie. Było jej źle z faktem, że po prostu wykorzystywała go do poprawienia sobie samopoczucia.

Ulice wieczornego Londynu miały w sobie coś szczególnego. I nareszcie mogła być anonimowa. Wolna. Weszła do jednaj z publicznych toalet i, zamykając się w jednej z kabin, wciągnęła dwa cienkie, białe paski kokainy. Uśmiechnęła się, spoglądając w lustro. Nagle zobaczyła za sobą starego mężczyznę, który zagadkowo jej się przyglądał. Obejrzała się, a on spojrzał na nią raz jeszcze.
- Myślisz, że różnisz się od ludzi, że wyróżniasz się, bo masz sławę, władzę i pieniądze, prawda?
Kate popatrzyła na niego, zaniepokojona jego słowami. Milczała, podczas gdy starzec mówił dalej:
- Wiesz, w obliczu sił, które kierują tym światem, jesteś nikim, Kate Mazanowska. I choć teraz to ty jesteś na szczycie, skończysz tak samo, jak my wszyscy, może nawet gorzej. Ciesz się tym, co masz, nie zawsze tak będzie. Nie zawsze ludzie będą tolerować twoje uzależnienia i wybryki. Kiedyś powiedzą dość, a to stanie się już niedługo. I zdziwisz się, że ten ból, który czujesz teraz, jest niczym, w porównaniu z pełnią cierpienia. Doświadczysz pełni cierpienia, doświadczysz jej na własne życzenie. Powinnaś się modlić, Kate Mazanowska, byś spotykała tylko takich ludzi na swej drodze. Nie wątp. Wątpiąc w Boga, zrobiłaś najgorsze rzeczy. Przez twoje zwątpienie, zapomniałaś o matce, o siostrze, zapomniałaś o wszystkim, co miało większy sens. Nie trać już sensu... – powiedział, spoglądając na nią jasnymi oczami. Nie wiedziała, czy ją widział – miał oczy ślepca, pokryte bielmem, półprzymknięte oczy, wnioskowała jednak, że to niemożliwe, by był niewidomy. Znał ją, co więcej, znał jej nigdy nie ujawnianą historię. Nie miała pojęcia, kim mógł być. Ale przestraszyła się. Naprawdę. Wyszła z toalety, mając nadzieję, że starzec nie pójdzie za nią. Był szalony. Musiał być po prostu szalony.
- Nie odpowiadasz?! – krzyknął za nią, stając na schodach i patrząc w niebo, podczas gdy Metztli oddalała się pospiesznie. - To prawda. jesteś zagubiona, choć udajesz, że robisz to wszystko celowo. Czemu kłamiesz?! Zamykasz im usta pocałunkami?! Kiedy umrzesz, oni już ich nie doświadczą!

Biegła na oślep, aż znalazła się na dziwnie znajomej nazwą ulicy. Minęła grupę ludzi mniej więcej w jej wieku. Krzyczeli za nią, ale nie słuchała. Nie potrafiła już słuchać. Słowa brodatego, brudnego bezdomnego pulsowały jej w głowie. I nagle zatrzymała się. Już wiedziała, skąd znała nazwę ulicy w tej, tak rzadko przecież odwiedzanej przez nią dzielnicy. Ben.


* * *

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą. Miłość nigdy nie ustaje...?

* * *

Koniec. I tak nikt się nie wpiszę, prawda? Nawet szantażu mi się odechciewa...

komentarze [11]

Part 11. "Dawni..." >> czwartek, 20 listopada 2008 18:33:26

Hmm... Zainspirowana opinią wyrażoną przez Tanię, postaram się wyjaśnić, po co opowiadanie opieram na mniej lub bardziej znanych postaciach ze świata znanych i niekoniecznie lubianych. Po pierwsze: są postaciami bardzo plastycznymi, ktyóre po części same się kreują. Moje piętnastoletnie "ja" chyba nie ma jeszce ochoty na całkowite tworzenie świata przedstawionego. Wolę osadzić opowiadanie w istniejących już realiach, które je urzeczywistnią. Po drugie, opowiadanie o losach Kate jest sprawdzianem moich niedoskonałych pod wieloma względami zdolności, które dzięki niemu szlifuję pod najbardziej emocjonalnymi stronami. Mimo to, dziękuję Tani za pochwałę mojego talentu i zainteresowanie opowiadaniem, ponieważ to nie pierwszy raz, kiedy zostawia komentarz warty uwagi. Więc. Tak, to ten moment. Rodział dedykowany Tani.

* * *

Spał. Spał twardo, już od kilku godzin. Może? Nie, lepiej nie. Przecież może się obudzić. Jak zwykle w najmniej odpowiednim momencie. Podniosła się na łokciach, starając się zrzucić z siebie jego ramię. Jęknął cicho, przyciskając ją do piersi i odwrócił głowę. Może coś mu się śniło? Przecież ona też często miała sny. Prawdziwe i bolesne, piękne i złote, kolorowe i przyjemne, ciemne i złowieszcze. Sny, w których spełniały się jej najwspanialsze i najgorsze marzenia. Sny, które łączyły ją ze światem, w którym tak bardzo chciała się znaleźć. Ale mimo to zawsze budziła się. Przekonywała się, że to nic nie znaczyło. Bo marzenia, sny, pragnienia, to jedynie małe słabostki szarego człowieka. Silni, tacy jak ona, musieli wyzbyć się swoich słabości. Kate wyzbyła się marzeń i pragnień, a przynajmniej bardzo chciała, by tak się stało. Zamknęła oczy. A ty, Boże, pokaż mi drogę. Wiesz, jaki wszystko byłoby proste, gdybyś jeden, pieprzony raz odezwał się do każdego z nas? Nikt nie miałby problemu z tym, czy ma wierzyć, czy nie... Ale ty wolisz patrzeć, prawda? Jak chłopiec na mrówki w słoiku...

* * *

Spojrzała na plakat informujący o jej nowej trasie, pod którym ktoś dopisał mazakiem jedno słowo – suka. Suka, jak wiadomo, dla nikogo nie jest określeniem ani miłym, ani przyjemnym. Chłopak przechodzący obok niej popatrzył na kartę i uśmiechnął się do niej z lekką złośliwością. Opuściła głowę. Coraz więcej ludzi spoglądało na nią spomiędzy grubych warstw szalików i płaszczy. Pokazywali palcami. Uśmiechali się do siebie. Z niedowierzaniem na twarzach. Nie dziwiła im się. Do tej pory nie zdecydowała się na udzielenie wywiadu w związku z wczorajszymi zdjęciami, chociaż Tommy nie mógł opędzić się od natrętnych telefonów z pytaniami o wyjaśnienia. Przystała na moment, pokonując ciągłe, pojawiające się od kilku dni zawroty głowy.

Popatrzyła na skraj ulicy, gdzie właśnie zatrzymywała się furgonetka obklejona znakami MTV. Nie do wiary. Człowiek nie chce się wypowiadać w ciepłym, przytulnym pokoiku, więc na pewno nabierze na to ochoty na środku ulicy, prawda? Och, cóż za niespotykana logika... Cofnęła się dwa kroki, nie bardzo wiedząc, co ma robić. Chłopak, którego mijała przed momentem podbiegł do furgonetki i przywitał się szybko z taszczącym kamerę operatorem. Kate zacisnęła usta. Ryan Thierry. Że też go nie poznała, przecież nie raz dawał jej się we znaki niezbyt grzecznymi komentarzami na temat jej licznych rozwiązłości. Chłopak uśmiechnął się złośliwie, podchodząc do niej i wyciągając rękę z mikrofonem.
- Kręć, Dean. To może być jeden z najciekawszych materiałów w naszym skromnym dorobku – powiedział. – Kate, Kate, Kate. Ukrywasz się przed mediami. Nie chcesz udzielić informacji o swoim wczorajszym wybryku, ani o twoich związkach z Billem Kaulitzem czy Benem Barnesem. nie wychodzisz z domu bez ciemnych okularów, albo, co gorsza, obstawy. Gdzie my, biedni, prości reporterzy możemy spotkać taką gwiazdę jak ty? – zapytał. Z jego twarzy nie znikał pogardliwy uśmiech, który rozszerzył się z chwilą, w której zmierzył wzrokiem bilboard.
- Nie będę się wypowiadać. Jeśli będę chciała skomentować moje prywatne związki z osobami, które najprawdopodobniej sobie tego nie życzą, zwołam konferencję prasową. To samo tyczy się tego, co robię wieczorami. – odrzekła, wbijając ręce głęboko do kieszeni.

Wokół nich zebrał się tłum gapiów, którzy podchodzili coraz bliżej, podnieceni jej obecnością w środku całej sytuacji.
- Czemu do tej pory nie wiemy nic o takim przedsięwzięciu?
- Ponieważ mam wystarczająco dużo pracy bez wścibskich... to znaczy, tak życzliwych mi ludzi, jak ty i twoja ekipa – odpowiedziała ostro.
- W ostatnim artykule nazwano cię „narkotyczną królową bez szans na kolejny wzlot”, mówiono o „upadku moralnym jednej z najbardziej podziwianych przez młodzież osób” pytano, „gdzie manager, gdzie producenci, gdzie rodzice młodych fanów”. Co masz do powiedzenia na ten temat?
Uśmiechnęła się lekko.
- Podejrzewam, że owy artykuł pisała osoba, która lubi mnie równie mocno, co ty...
Ryan Thierry zmarszczył brwi. Też nie wiem, skąd biorę siłę, drogi. To straszne, kiedy spadasz, w iście dekadenckim nastroju tracisz radość życia. Ale potem podnosisz się, stwierdzasz, że mimo niektórych tragedii dasz radę wstać. I chociaż świadomość tego, że nie możesz zostać na dnie rozpaczy jest dużo gorsza od tej, że się tam znalazłeś, wstajesz, idziesz, by potem znowu upaść.
- Jednym słowem zaprzeczasz doniesieniom o swoim uzależnieniu od narkotyków i alkoholu?
- Mów, co chcesz, mój drogi. Ludzie i tak nie zobaczą lśnienia porcelany na twojej twarzy... Zbyt mocno chcą wierzyć w ciągłą niewinność i nieskazitelność twojego świata. Mój świat – skalany wami, mną i innymi, którzy nie znajdą zbawienia w niespotykanie subiektywnej opinii chrześcijańskiego Boga, i tak nie zasługuje na szacunek. Wchodzicie do mojego domu w brudnych butach, nie słuchając tego, co mówię, wyciągacie pochopne wnioski. Teraz niczemu nie zaprzeczam, ale i niczego nie potwierdzam, ponieważ i tak do niczego byśmy nie doszli..– powiedziała, odwracając się i odchodząc.
- Kate! – krzyknął za nią chłopak. Przyspieszyła i skręciła do pierwszego lepszego sklepu, małego, muzycznego zakątka. Sprzedawczyni spojrzała na nią ze zdziwieniem, po czym uśmiechnęła się lekko.
- Idź na zaplecze – mruknęła. Kate spojrzała na nią z wdzięcznością i szybkim krokiem weszła w drzwi za ladą. Po chwili do sklepu wszedł reporter, zdezorientowany rozejrzał się po wnętrzu, po czym rozłożył ręce.
- Więc gdzie jest nasza gwiazdka? – zapytał z ironicznym uśmiechem.
Dziewczyna spojrzała na niego z pewną dozą odrazy w oczach.
- Nie wiem, o czym pan mówi, ale proszę o opuszczenie sklepu. – Rzuciła, patrząc na niego z dziwną zaciętością na twarzy.
- Spokojnie, przecież chcę zadać jej tylko kilka pytań... – zaczął Ryan, ale dziewczyna przerwała mu ostro:
- Proszę wyjść, albo zadzwonię na policję.
Chłopak popatrzył na nią chwilę, po czym zrezygnowany machnął ręką.
- Zbieramy się – mruknął do operatora, po czym zdenerwowany wyszedł, trzaskając drzwiami.

Kate westchnęła cicho, opierając się o jedno ze stojących na zapleczu pudeł. Będą cię gnębić i prześladować, aż spełnisz ich oczekiwania i rzeczywiście dotkniesz dna. Mój palec jest blisko dna, ale moje skrzydła... Anioły pomagają ludziom. Mnie również pomaga anioł. Anioł stróż. Narkotyk stróż. Amfetamina, heroina, kokaina – strażniczki. Dobrego samopoczucia, siły i zszarganego imienia. odczekała parę minut, zanim zdecydowała się wyjść do dziewczyny sprzedającej w tym dość osobliwym sklepie. Przecież zniszczone imię nic nie znaczy... Wszystkie imiona wyglądają tak samo śmiesznie na nagrobkach... Wystawy, przypominające te z lat osiemdziesiątych, z dziwnymi instrumentami. Gitary Gibsona sprzed trzydziestu lat. Wśród nich jedna z jedenastu wspaniałych gitar malowanych ręcznie na specjalne życzenie Kurta Cobaina. Bębny rodem z pierwszych światowych tras Mettalicy. Fortepian. Piękny, czarny fortepian od Steinway i Sons, których od dobrych paru lat nie sprzedawano ot tak, w pierwszych lepszych sklepach. Może na świecie nie ma już takich miejsc. Miejsc jak to, całkowicie białych. Pulsujących historią. Pięknych swoją niewymuszoną elegancją zakurzonych półek, nie wartych wielkich sum pieniędzy, ale wartych każdego z tysiąca i jednego wspomnień, wartych chwili zadumy nad ich wspaniałą historią i magią, jaka od nich bije...
- Fortepian nie jest na sprzedaż – wyjaśniła dziewczyna, uśmiechając się lekko. – To stara pamiątka rodzinna, jeszcze po dziadku, który przypłynął do Londynu wraz ze swoją muzyką z Polski, zaraz po wybuchu Drugiej Wojny Światowej... Był Żydem...
Kate oderwała wzrok od instrumentu i spojrzała na nią, z błogim zamyśleniem malującym się na jej twarzy. Nie pamiętała, kiedy ostatnio była w Polsce. Na małym, cichym, zadrzewionym cmentarzu, gdzie spoczywali jej dziadkowie. Na warszawskiej, zaniedbanej starówce. Tyle wspomnień. Tyle chwil, które już poznałam. Tyle drzew, minionych w pośpiechu. I tyle zawodów, bolesnych dróg bez odwrotu. I tyle nakłuć, że już nikt nie da zliczyć... i kończy się marzec, i zaczyna kwiecień. I choć mam dopiero dwadzieścia dwa lata, znam więcej ludzi i odczuć, iż niejeden, który przeżył wojnę. Bo ja cały czas toczę wojnę. Przerażająco zabawną wojnę o moje „być czy nie być”... Nagle wzdrygnęła się, budząc z letargu. Na jej twarzy wykwitł delikatny uśmiech.
- Jestem Kate – powiedziała, podając rękę swojej wybawicielce.
- Wiem – odrzekła tamta, również się uśmiechając. – Alice. Alice Wachowsky.
Metztli przysiadła na brzegu lady, usilnie wpatrując się w sufit.
- Opowiedz mi o tym miejscu – poprosiła cicho.
Alice spojrzała na nią z uwagą.
- Sklep powstał jeszcze za czasów mojego dziadka. Nie mogąc utrzymać się z grania, postanowił szerzyć swoją pasję w inny sposób. Dziadek był miłośnikiem wszystkiego, co związane było z muzyką, stąd wzięły się instrumenty takie jak gitary, które oglądałaś, skrzypce przedwojennych producentów... Problem w tym, ze kupował te starocie, ale nigdy nie przyszło mu do głowy, by je sprzedać. Interes nie szedł więc najlepiej. Po śmierci dziadka przejął go ojciec, ale miał ważniejsze sprawy na głowie, niż mały, muzyczny sklepik lekko zdziwaczałego starca i...
- Ty... – szepnęła Kate, rozglądając się z pełną niedowierzania radością po starych, lekko obłażących z farby ścianach. – Ty nie masz pojęcia, co to jest za miejsce, Alice. Nie masz pojęcia, że to jest... To jest raj! To jest miejsce, którego szukałam!
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
- To prawda, jest magiczne. I wcale nie obrażę się, jeśli będziesz wpadać tu częściej.
Kate spojrzała na nią. Dawno nie czuła się tak szczęśliwa. Po latach znalazła miejsce, w którym nic nie zmieniło się od czasu, kiedy się zaczęło. Telefon Metztli rozdzwonił się bezsensowną melodią.
- Kate? Gdzie ty jesteś? Miałaś odebrać Kaulitza z lotniska, zapomniałaś? – warknął Tom przez zaciśnięte zęby. Zakłócasz mój tok myślowy, Tommy. Moja aura znika... Przewróciła oczami.
- Nie możesz po niego pojechać? Mam ważną sprawę... – mruknęła, patrząc na zegarek. Wskazywał osiemnastą trzydzieści jeden dnia dwudziestego października dwa tysiące szóstego roku. Cichy, ponury lekko październik, o oczach z wielkich, brązowych liści i delikatnych ustach z kałuż. Jeden z najbardziej deszczowych miesięcy dla Londynu. Jeden z najbardziej refleksyjnych i melancholijnych przyjaciół Kate.
- Czy ty raz nie możesz załatwić czegoś od początku do końca? – zapytał Tommy, rozłączając się. Wiedziała, że jest na nią wściekły, ale teraz miała ważniejsze sprawy.

Zamknęła telefon, westchnęła cicho, po czym znowu skupiła się na Alice.
- Wybacz. Mój manager... – mruknęła i machnęła ręką. Zmierzyła wzrokiem postać nowej znajomej. Proste blond włosy sięgające ramion podkreślały zdrowo blady odcień jej cery. Nie była zbyt wysoka, ani przesadnie chuda, raczej pełniejsza, ot, dziewczynka z ulicy. Miała jednak coś dziwnego w oczach. Ciepło. Blask. Lekkość i beztroskę. Niebieski, głęboki kolor tęczówek wyrażał młodość i niedoświadczenie, tek bardzo od niej bijące. Całkowite przeciwieństwo Kate, o wystających kościach policzkowych, smutnych oczach i spiętych w wysoki ogon włosach. Spojrzała na nią z lekkim zamyśleniem.
- Masz ochotę się przejść? – zapytała.
Alice popatrzyła na nią i wzruszyła zamionami, po czym uśmiechnęła się lekko.
- Bardzo chętnie, ale muszę jeszcze zamknąć sklep... – odrzekła nieśmiało.
Kate podniosła głowę.
- Poczekam – stwierdziła. Znów zbrakło jej skrzydeł. W myślach zagnieździł się nieład przeklętych słów i tekstów. Spośród których nie potrafiła wyłowić pojedynczych słów – tylko mieszanina cichych bolesności. A może...? Może pójdzie do parku z Alice, wyjawi jej prawdę a potem wróci do domu, by już z niego nie wyjść? Bóg w swej doskonałości i tek nie rozumie przecież ułomności niedoskonałych ludzi. Może. Może...

Więc powiedz mi, co boli.
Jaki ogień pali cię?
Ile jeszcze kilometrów do przejścia masz?
Co boli cię...?


* * *

"Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest...?"

* * *

Czy to z naiwności, czy z ufności, czy ze zwykłej głupoty, nie wiem. Ważne, że wciąż mam ochotę, by przypomnieć o Księdzie.


komentarze [8]

Part 10. "Nigdy więcej..." >> poniedziałek, 3 listopada 2008 20:01:46

Trochę inaczej. Nie do końca jestem z niej zadowolona. Ale Ona rządzi się własnymi prawami. I jeśli nie chce, aby było idealnie, nie będzie. Pracowałam, poprawiałam. Jeśli nie wyszło, przepraszam. Aha, przypominam też o Księdze. Wiem, że to nic nie daje, ale próbować zawsze warto, prawda?

Lizbona, Madryt, Barcelona. Paryż, Lyon, Turyn, Rzym. Ateny, Zurych, Monachium, Stuttgart, Düsseldorf, Berlin, Katowice, Warszawa. Budapeszt, Praga, Moskwa. Spojrzała jeszcze raz na rozpisaną na trzech kartach trasę.

Lizbona, Madryt, Barcelona. Paryż, Lyon, Turyn, Rzym. Ateny, Zurych, Monachium, Stuttgart, Düsseldorf, Berlin, Katowice, Warszawa. Budapeszt, Praga, Moskwa, Oslo, Helsinki. Chyba nie dam rady. Na pewno nie. Zbyt wiele, zbyt długo... Kiedyś odejdę w miejsce, gdzie... Wiem, wiem. Ja to wszystko wiem...Dziewiętnaście, nie, dwadzieścia. Dwadzieścia koncertów. Sześćdziesiąt godzin nieprzerwanego hałasu, który ktoś kiedyś śmiał nazwać muzyką. Ponad dwa miesiące ciągłej wędrówki po Europie. Jeszcze niedawno, kiedy wszystko było dla niej nowe i nieznane, potrafiła się tym cieszyć. Odnaleźć radość w każdej nieprzespanej nocy, w każdym westchnieniu zmęczenia. Bez światłocienia, tak? Bez światłocienia... Inna od innych, czyli taka sama, zmierzam w tę samą stronę, gdzie oni... Teraz... Teraz nie odnajdowała muzyki pośród rażącej barwy dźwięków. Siebie we własnym świecie.

Nie miała pojęcia, co będzie, kiedy rozpocznie się jej światowa trasa. Jak przetrwa w natłoku wydarzeń i myśli cisnących się przez wąskie, umęczone tunele świadomości. Zaplanowana na czerwiec przyszłego roku, trwająca sześć miesięcy, obejmująca pięć kontynentów wędrówka była zawsze spełnieniem jej najśmielszych marzeń o sławie. Teraz marzeniem Metztli było cofnąć czas. Albo zdrzemnąć się parę minut...? Tak... Tego mi trzeba. Poza spokojem, oczywiście, ale cóż, niewierzący nie powinni zbyt wiele wymagać od tego całego, śmiesznego osobnika na górze, co?

Umysł Kate zbudowany był z ran. Z cichych, samotnych chwil, kiedy mogła być sobą i kiedy żałowała wszystkiego, co działo się wokół niej. Z głośnych, znienawidzonych momentów, kiedy stawała na krawędzi świata i pluła w przepaść własnego życia. Gdy świat kładł się przed nią, a ona mogła bez skrupułów po nim deptać. Umysł Kate był poharatany nią samą, która nie mogła dojrzeć do tego, by zrozumieć swoje własne cele. Umysł Kate sam nie mógł siebie pojąć.

Ukryta za własną twarzą nie próbowała zmieniać swojego życia. Zbyt bardzo się do niego przyzwyczaiła. Zbyt bardzo kochała wszystko to, co udało jej się osiągnąć. I choć przychodziły momenty, kiedy przekraczała ustanowione przez świat granice, wiedziała już, że ten świat nic już jej nie zrobi. Ludzie kochają niepokornych, którzy pokazują im drogi nieodwiedzane i zakazane dla społeczeństw cywilizowanych państw. Ludzie kochają tych, którzy wychodzą za czerwoną linię wyobrażenia. Dlatego kochali ją. Przy której problemy innych wydawały się cichym westchnieniem Boga.

Weszła do domu, biorąc do ręki pozostawiony na stole telefon. Nie miała zwyczaju brać go na spacery z psem. Park był miejscem tylko dla nich, pozbawionym zasięgu rajem dla jej przemyśleń. Na ekranie widniał napis, informujący ją o trzynastu nieodebranych połączeniach, trzech od Toma, dwóch od Alexa i ośmiu od Billa. Tak. Miała wczoraj do niego zadzwonić. Nie zrobiła tego. Nie mogła. Odurzona kolejną porcją alkoholu i narkotyków, nawet nie zauważyła, kiedy została sfotografowana przez jakiegoś pismaka na Camden Town. Jej postać, z papierosem w ręku, oparta na ramieniu Anahi, wpatrywała się w nią teraz zamazanymi, nieobecnymi oczyma z pierwszych stron dzienników. Tak wyglądam. Blada, wychudzona. Cień człowieka. Wolę unikać słowa "ćpun". Jest... Czy ja wiem... Ordynarne...?Ukryła twarz w dłoniach. Po umęczonym policzku spłynęła jedna jedyna łza. Nienawidziła jej równie mocno, jak siebie samej. Spojrzała na zegarek. Wskazywał osiemnastą trzynaście. Wypiła dziś dwie herbaty i puszkę dietetycznej coli. Zjadła dwa jabłka i spaghetti, jednak piętnaście minut później wszystko zwróciła. Ostatnio jej organizm buntował się coraz bardziej gwałtownie. Nie potrafiła już opanować drżenia rąk, ciągłych torsji czy zawrotów głowy. Nie mogła nie zauważyć tego, jak bardzo schudła przez ostatnie miesiące.

Ostatnio wstrzyknęła sobie tydzień temu. Osiem dni. Bardzo starała się nie uzależnić fizycznie od heroiny. Wiedziała, że to byłoby ostatnie dno, na jakie może spaść. Żyła amfetaminą, a kiedy pojawiały się stany lękowe, pomagał jej Anafranil. Od koncertu, do koncertu. Do wywiadu, do wywiadu. Od jednego skandalu do drugiego. Było dobrze. Miało być dobrze. Tymczasem czuła się coraz gorzej. Zdarzały się momenty, kiedy ciężko jej było oddychać. Wyświetlacz znowu rozjarzył się jasnym blaskiem. Tommy.
- Słucham cię, mój Aniele Stróżu. – Powiedziała cicho. Była zmęczona, zbyt zmęczona, by rozmawiać, wiedziała jednak, że jej manager tak łatwo jej teraz nie odpuści. Na pewno razem z Alexem i Cathy przejrzeli już wszystkie dzisiejsze gazety.
- Otwórz drzwi, wchodzę po schodach. – Odpowiedział jej wyraźnie podenerwowany głos Toma.
Podeszła do drzwi, powoli przekręcając zamek. Otworzyły się delikatnie. Kate spojrzała na niego – stał spokojnie, z rękami wsuniętymi do kieszeni spodni i wpatrywał się w nią z niepokojem i bezsiłą w oczach.

Bezsiła Toma była czymś, czego Kate bała się najbardziej. Kto miał nad nią zapanować, jeśli nie on? A on wyraźnie nie wiedział już, co ma robić, by jej pomóc. Skąd więc ona miała to wiedzieć? Ostatnimi czasy coraz częściej wydawało jej się, że z miejsca, do którego dotarła, nie ma już powrotu. Że zgubiła samą siebie po to, by już nigdy się nie odnaleźć. Że przegrała swoje z pozoru wygrane życie. I tylko w takich momentach, kiedy Tommy patrzył na nią smutnymi oczami i załamywał nad nią ręce zastanawiała się nad tym, po co. Czy warto było zostawiać samą siebie, nieśmiałą, cicha, zamkniętą w sobie dziewczynkę z prowincji dla wielkiej Metztli. Niepokonanej nawet przez narkotyki gwiazdy. Zmieniła się dla samej siebie, czy dla otaczających ją ludzi? Nie wiedziała. Nie wiedziała nic o sobie samej, ponieważ nie była sobą. Odkąd skończyła siedemnaście lat nigdy nie była sobą. I bała się tego. Lękała się, że kiedyś to prawdziwe, szczere oblicze złamie jej piękną choć sztuczną rzeczywistość.

Machnął jej przed oczami plikiem gazet, na których pierwszych stronach żywymi kolorami mieniły się jej zdjęcia.
A miało być tak pięknie... W klubie, w którym bawiła się od lat, bez kamer i aparatów. Znaleźli ją nawet tam. Dlaczego ludzie nie rozumieją, że potrzebuję prywatności? Gdyby nie oni... Przecież sama nie wierzę w to, że gdyby nie oni, to wszystko by się nie zdarzyło. Chciałam tu być. Jestem ćpunką, bo tego chciałam. No cóż, nie ja jednak robiłam te zdjęcia. Słowem, pieprzeni reporterzy...
- Masz mi coś do powiedzenia? – zapytał znużonym, smutnym głosem. Pił. Chyba nie mógł przyjść tu całkiem trzeźwy. Musiał się wzmocnić przed kolejną poważną rozmową. Słynął z zamiłowania do drogich alkoholi. W końcu to po nim Kate odziedziczyła pociąg do whisky i brandy.
- Co niby mam powiedzieć? Przepraszam. Nie wiedziałam, ze są tam fotoreporterzy. Nie miałam pojęcia, że tak to się skończy... – zaczęła, ale Tom przerwał jej z machnięciem ręki:
- Dobrze wiesz, że nie chodzi mi o to! Zdjęcia, pomówią o nich tydzień, a potem o nich zapomną! Chodzi mi o ciebie, Kate! Co ty robisz, dziewczynko? Co ty robisz...? – wyszeptał, mierzwiąc włosy.
Odwróciła wzrok.
- Przesadziłam z alkoholem, wiem, ale...
Tommy pokręcił głową. Uwierz mi, uwierz mi, uwierz mi...
- Przestań. Chociaż raz nie proś mnie, bym uwierzył w takie brednie. Byłaś naćpana, Kate. Zwyczajnie naćpana. A ja się zastanawiam, czy nie widziałem tego wcześniej, czy może po prostu nie chciałem tego zobaczyć. Kiedy zaczęłaś brać? – spojrzał na nią. Najbardziej przerażał ją jego ton. Cichy, spokojny i jakby znużony. Tom nie miał siły walczyć z jej przyzwyczajeniami. Nie miał już sił, by walczyć o nią. Ja ciebie rozumiem, Tommy. Mój Aniele Stróżu. Ja ciebie rozumiem. I dziwię się, że jeszcze ze mnie nie zrezygnowałeś. Jesteś tu, i to najwspanialsza rzecz, jaka spotkała mnie w życiu. Ale... właściwie, czemu, Tommy? Choć ranię, choć jestem sznytą na twej ręce, czemu wciąż dajesz mi szansę na kolejne cięcia...?
- Nie ma wcześniej, Tommy. Przysięgam, nie było żadnego „wcześniej”. To znaczy, może kilka razy, ale... – popatrzyła na niego ze łzami w oczach. Boże, jeżeli istniejesz, daj mi siłę. Teraz. Teraz potrzebuję jej najbardziej.– Uwierz, mi. Proszę. Wiem, że to trudne, zrozum mnie! Ja... czasami potrzebowałam rwać się światu. Na moment. Ale... to były tylko pojedyncze przypadki, nic więcej! – krzyknęła, rozkładając ręce.
Mężczyzna spojrzał na nią. Bez emocji. Co się dzieje, Tom?! Co się z tobą dzieje? Mówisz. Ja wiem, że ci zależy. Ale nie masz siły już tego pokazywać, prawda? Zbyt bardzo boli... To jak nakłucia. Jak heroina. Boli, ale nie możesz przestać otwierać sobie żył...
- Chciałbym w to wierzyć, Kate. Do ciebie nie dociera, czym byłoby to dla mnie... To JA cię odkryłem. To ja pokazałem ci tą drogę. I gdybyś przez to... nigdy bym sobie tego nie wybaczył, rozumiesz? Nigdy.

Opuściła głowę w milczącej pokorze. Wiedziała, że ma rację. on nigdy nie kazał jej tędy iść. Jednak ludzie powiedzą, że to po części jego wina. Bo do tego dopuścił. Po co istnieją tacy ludzie jak ja? By ranić tych dobrych? Nie. By pokazywać innym, jakim nigdy nie należy się stawać... Chyba tak. Chyba... Nie wiem. Tak mi się wydaje.
- Przepraszam.

Spojrzał na nią i skinął.
- Wierzę ci Kate. Mam nadzieję, że słusznie. – Powiedział, odwracając się w kierunku drzwi. Oparł rękę na klamce. – Dzwoniłem do Kaulitza. Będzie tu jutro rano.
Popatrzyła na niego z niedowierzaniem. Chwila ciszy przeciągała się w nieskończoność, a Metztli zastanawiała się, czy mówił szczerze, czy jest to tylko żart. Głupi żart.
- Nie możesz. Nie możesz mi tego zrobić. – powiedziała cicho, wbijając ręce do kieszeni. Mam kontrolę nad swoim życiem
- O co ci chodzi? Przecież się spotykacie. Powinnaś się cieszyć. – Rzucił Tommy, patrząc na nią z niezrozumieniem.
- Nie chcę. Jak mogłeś dzwonić do niego za moimi plecami i opowiadać mu o tym, co się ze mną dzieje?! – krzyknęła. Nie wiedziała, czemu to robi, ale nie miała ochoty się z nim widzieć. Nie teraz. Są sprawy, z którymi musiała poradzić sobie bez dodatkowego wsparcia. - rzuciła wyzywająco. Słyszysz?! Mam kontrolę nad własnym życiem.
- Myślałem...
- Nie, Tom. Czemu ty, do cholery, starasz się wszystko mi poukładać?! Sama poradzę sobie ze swoim życiem! Bez pomocy, twojej, jego, przyjaciół i psychologów, rozumiesz?! – krzyknęła, podrywając się z sofy. Mam ją. Spójrz. Wciąż mam kontrolę... Prawda? Tommy spojrzał na podłogę i roześmiał się pogardliwie.
- Nie możesz sobie poradzić z powrotem do domu, a co dopiero z własnym życiem! Czy ty naprawdę tego nie widzisz?! Co się z tobą dzieje, Kate?!
- A może ja wcale nie chcę być taka, jak wszyscy, co?! Może wcale nie chcę być taka poukładana, wspaniała, jak ty, on czy ktokolwiek inny?! Moje życie, moja sprawa, Tom. I to ja zdecyduję, co z nim zrobię.
Popatrzył na nią. Milczał. Zwykle to ona przegrywała w walkach na argumenty. Tym razem po prostu opuścił głowę. Nie miał siły dłużej walczyć. Wiem, jak się czujesz. Ja też już nie mam siły bić się z myślami i pokonywać wszystkich barier, jakie stawiają mi moje umysł i ciało.
- Zmieniłaś się, Kate. Nie wiem, w którym momencie cię straciłem, ale nigdy w życiu nie czułem się tak, jak czuję się teraz. Nigdy nie przypuszczałem, że... przestaniesz panować nad tym, co dzieje się wokół ciebie. Że MY przestaniemy nad tym panować. Zawsze mówiłem ci, że chcę być twoim przyjacielem, ale ty... Ty chyba znalazłaś sobie innych przyjaciół. Inne skrzydła. – Podniósł wzrok i spojrzał jej w oczy – ciche i wylęknione oczy, przeszklone łzami strachu i wyrzutów sumienia. – Przepraszam, Kate. Przepraszam, że nie potrafiłem cię przed tym ochronić. Nie dałem rady, dziewczynko. Potrzebujesz pomocy, ale nie mojej. Już nie...

Odwrócił się i otworzył drzwi, wychodząc. Chyba nie do końca dociera do mnie to, co robisz. Ty... nie możesz mnie zostawić. Nie możesz stąd teraz wyjść. To ty miałeś prosić, nie ja. Psujesz moją idealnie zbudowaną rzeczywistość. Znów nie jest tak, jak powinno być. Czemu, Boże, Boże, czemu?
- Nie możesz mnie tak zostawić... – wyszeptała.
Tommy spojrzał na nią i uśmiechnął się smutno.
- Ja, ciebie? Ja ciebie nigdy nie zostawię. Nawet jeśli będziesz na samym dnie, nigdy cię nie opuszczę. Jestem za ciebie odpowiedzialny. I chociaż wiem, że przegrałem tą bitwę, to i tak zawsze będziesz mogła do mnie przyjść. Zawsze, nawet jeśli w sprawach dotyczących twojego życia, nie mam już nic do powiedzenia. – mruknął, opierając rękę na klamce.
Znów go ranię. Znów to robię...
- Zostań ze mną, Tommy. Zostań ze mną. Teraz...
Popatrzył na nią chwilę, po czym skinął głową.
- Dobrze. Jeśli chcesz...
Po policzku Metztli spłynęła druga już dzisiaj łza. Nienawidzę jej. Każdej z nich. Kiedyś oduczę się płakać. Był dla niej taki dobry, a ona raz po raz go zawodziła. Starał się, a ona wciąż go raniła. Wciąż nie mogła w pełni mu zaufać. Nie mogła powiedzieć mu tego, co powinna. Chociaż... tylko ona może dyktować sobie, co powinna, nieprawda? Tylko ona.Tylko ja
- Przepraszam, Tom. Nie chciałam cię zawieść. Nigdy... – szepnęła, podchodząc i wtulając się w niego. Objął ją delikatnie, jakby bał się ją uszkodzić. Jej drobne, szczupłe ciało. Podniosła oczy ku jego twarzy.
- Obiecaj mi coś, Tommy. Obiecaj mi, że będzie tak, jak kiedyś. Jak w chwili, kiedy się poznaliśmy. Że będziesz mnie wspierał, a ja już nie będę się gubić. Nigdy więcej...
Pokiwał głową i uśmiechnął się lekko, po czym musnął ustami jej wargi. Kate ujęła jego dłoń i poprowadziła na kanapę, kładąc się przy nim i opierając głowę na jego klatce piersiowej. I było jej ciepło. Nareszcie było jej ciepło.
- Co jest między tobą a Kaulitzem? – zapytał nagle.
Spojrzała na niego poważnie. To chyba nie jest odpowiednie pytanie. Jeśli chcesz się ze mną przespać, po prostu mi to powiedz. Po przyjacielsku. Nie musisz badać terenu...
- On... – zamyśliła się, próbując znaleźć odpowiednie metafory dla sytuacji, w której się znajdowali. - On jest jak gołąb, tak samo niewinny co niedoświadczony. I nie chodzi mi o seks. Mówię o życiu. Wylatuje w niebo za czymś, czego nigdy nie będzie w stanie złapać, nie myśląc o tym, że może zapuścić się zbyt daleko, stracić siły i spaść. A ja... Jestem jak sokół, który zdaje sobie sprawę z tego, że zabijanie gołębi jest złe, ale nie może się powstrzymać, ponieważ taka jest jego natura. Chociaż wiem, że nie powinnam się do niego zbliżać, to na swój sposób mnie pociąga. Chociaż wiem, że przeze mnie Bill może spaść w dół i już się nie podnieść, nie potrafię się powstrzymać. To mój sortis. – Zakończyła, wtulając się w jego pierś. Tom spojrzał na nią z zamyśleniem na twarzy.
- Kim więc jestem ja?
Kate popatrzyła na niego i pocałowała go lekko.Ty mnie rozumiesz, Tom. Nie znasz mnie, ale mnie rozumiesz.
- Ty? Ty to zupełnie inna bajka.

* * *

Przyglądając się śpiącemu na kanapie Tommy’emu i łykając kolejne tabletki valium, Kate pojęła coś, czego wcześniej nie była świadoma. Zrozumiała, że kłamstwo może być fundamentem relacji międzyludzkich. Patrząc na swojego managera z pigułkami w ręku, odkryła, że prawda to przereklamowana wartość. I choć wcześniej często zdarzało jej się kłamać i zwodzić ludzi, fakt ten już jej nie trapił. Wprost przeciwnie – zadowolona była z tego, że po raz kolejny udało jej się zażegnać konflikt, bez wyciągania niepotrzebnych słów i argumentów. Uśmiechnęła się lekko, siadając obok Toma. Wsłuchała się w rytm jego oddechu, kiedy dotarło do niej, że nie jest nieczuła. Nigdy nie była. Sumienie jest po prostu jak ciało. Da się je zahartować...


* * *

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą. Miłość nigdy nie ustaje...?

komentarze [9]

Part 9. "Charyzma poranionej duszy..." >> środa, 15 października 2008 18:34:15

Kolejna karta, kolejne przemyślenia, wzloty i upadki. Ja się w tym odnajduję, mimo iż Kate to Kate - zawsze nierozumiana.

- Kate! Kate, poczekaj! Dokąd ty mnie ciągniesz?! – krzyczał za nią, kiedy wysiadła z autobusu i szybkim krokiem skierowała się do Soho. Przystał na moment, patrząc, jak skręca za róg i westchnął cicho, wyrażając w ten sposób swoją dezaprobatę dla tego, co robi.
- Idziesz, czy nie? – zawołała do niego, obracając się wokół własnej osi i śmiejąc się wesoło. Tancerki i transwestyci, zapraszający ludzi spacerujących po miasteczku do klubów nocnych i barów machali do niej lekko, od czasu do czasu pytając ją o samopoczucie i o to, kim jest Ben. – Powiedziałeś Lisie, że nie wracasz dzisiaj na noc? Może się wściec!

Popatrzył na nią dziwnym wzrokiem.
- To nic. Kate, co się z tobą dzieje? Jesteś pijana? Przecież byłem z tobą cały wieczór... Nie piłaś aż tyle... Przynajmniej tak mi się do tej pory wydawało. – powiedział z lekkim zdziwieniem. Uśmiechnęła się.
- Ja codziennie upijam się życiem. Wydaję, zamiast dawać biednym, jem, zamiast pościć i raduję się zamiast się umartwiać. – Spoważniała nagle. - I to nic, że pójdę do piekła. Przynajmniej cierpiąc, będę miała świadomość, że nie jestem tam przypadkiem. Tak, jak teraz. – powiedziała cicho. Nie miała pojęcia, że wypowiedziała te słowa. Miały one pozostać głęboko w jej myślach, tam, gdzie spojrzenia ludzi nigdy nie miały wejścia. Nie powinna dzielić się z nikim takimi nieostrożnymi stwierdzeniami.
Ben zatrzymał się i spojrzał na nią.
- Teraz?
Dziewczyna powoli opuściła głowę i machnęła ręką. Wiedziała, że o to zapyta. Wiedziała, że powinna zatrzymać to dla siebie. A teraz, teraz będzie musiała się tłumaczyć.
- To znaczy... Po prostu, tak jakoś powiedziałam. Nie teraz w sensie w chwili obecnej. Ale teraz też mam świadomość, że ten cały rozgardiasz wokół mnie, tytuły dziwek, kurw i ćpunek nie spadają na mnie bez powodu. Nikt nie mówi, że jestem alkoholiczką, bo codziennie w barach grzecznie siedzę w kącie, popijając mrożoną herbatę. Zresztą, to nieważne. – Wzruszyła ramionami. – Nie pytaj. O nic już nie pytaj. Chodź.

Wszedł za nią na klatkę schodową. Długie, nierówne stopnie prowadziły do piwnic budynku, przerobionych na stylowy, pachnący epoką grunge’u klub. Grunge. Żywioł i druga twarz Kate. Ona sama była przedłużeniem ery Cobaina. I była jak on. Ben mógł się jedynie modlić, by nie czekał jej taki sam koniec. Aby nie umarła tak, jak on, samotna, opuszczona przez swoją muzykę. Bez nadziei na niebo, pełna nadziei na pamięć nie tylko jej pokolenia, ale może i następnych pokoleń. Na pewno miała podobną ilość wrogów, co Kurt. Podobny, hipnotyczny głos. Charyzmę. Połysk garażowej, nieoszlifowanej gwiazdy. Cichą wenę, przemawiającą przez nią każdą cząsteczką poranionej duszy. Duszy, która pod ranami, odwagą i niesamowitym spokojem pomiędzy kolejnymi medialnymi awanturami.
Ludzie na parkiecie zrobili im przejście, patrząc na nią z pewnym niemym, dziwnym, nienormalnym wprost nabożeństwem. Usiadła przy barze i podniosła rękę, machając do kelnerka, który po chwili postawił przed nimi szklankę pełną miedzianego płynu.
- Co dla pana?
Ben spojrzał na nią. Dobrze ją tu znali. Ciekaw był, ile wieczorów w tygodniu spędzała poza domem. Ile dni mogła nie widzieć swoich własnych czterech ścian, sypiając po studiach, znajomych albo wcale. Ile tak można? Teraz patrzył na nią inaczej, niż przy pierwszym spotkaniu. Pewna siebie z potrzeby tłumu. Zagubiona i chcąca zapomnieć. Wiedział, że nie może jej o tym powiedzieć.
- Wodę. Z cytryną jeśli można.

Uśmiechnęła się lekko.
- Bill ci na to pozwala? Na bary, kluby, imprezy i alkohole? – zapytał, sącząc wodę, podczas gdy ona lubowała się kolejną szklanką miedzianego napoju dumnie prezentującego się w kilku szklankach przed ich oczami. Spojrzała na niego uważnie.
- Mnie się nie da niczego zakazać. – odpowiedziała poważnie. – Jeśli chce być przy mnie, nie może mnie ograniczać. Bill to szanuje i nie staje mi na drodze.
- Związek nie polega na tym, by każde z was żyło tylko dla siebie, nie zwracając uwagi na to drugie. – Zaoponował. Jego ciemne, brązowe oczy śledziły każdy jej ruch. Za każdym razem, kiedy podnosiła szkło do ust, bił się z myślami, nie wiedząc, czy właściwie ma jakiekolwiek prawo, aby zwrócić jej uwagę. Miała w końcu tylko dwadzieścia dwa lata. Niecałe dwadzieścia dwa lata. Ile można udawać, że nic się nie dzieje, że wszystko jest w porządku? Ostatnimi czasy dosyć często łapał się na tym, że mimowolnie szukał w gazetach wzmianek o Metztli. Tytułowały ją narkotyczną królową, księżniczką ćpunów, hipnotyczną i fascynującą kreacją młodego pokolenia artystów, lustrzanym odbiciem poprawności. Oskarżały ją o dawanie młodzieży złego przykładu, zbyt huczne imprezy i totalne ignorowanie wszelkich opinii i wskazówek. Spadająca Gwiazda.

Nie wydawało mu się, aby naprawdę jej to przeszkadzało. Zagubiona w swoim świecie, pełnym idealnej, pięknej brzydoty, wzniosłych słów i pompatycznych oświadczeń, odnalazła własną drogę. Nie do końca poprawna, to fakt, jednak z wyjątkowym uporem potrafiła się jej trzymać, co więcej, pokazywać innym pozornie nieistniejące zalety owej ścieżki. Podziwiał ją za to. Rozmowa z Kate podobna była do seansu na kozetce u psychologa. Zastanawiał się czasami, czy ona na pewno nie zna jego myśli.

- No tak. Straszna ja. Okropna ja. Jak zwykle szukam tylko własnej korzyści, prawda? a może ja wcale nie pragnę związku, dla którego musiałabym cokolwiek poświęcić? Może nie chcę tracić niczego dla nikogo? Zbyt ciężko pracowałam na to wszystko, aby teraz tracić cokolwiek. Zbyt ciężko, Ben. I chociaż moja opinia jest zszargana do granic możliwości, to w życiu nie zamieniłabym swojego życia na żadne inne. - Co ty, do cholery wygadujesz? Nie jesteś nawet na prochach, a i tak gadasz, jakbyś miała przed oczami najpiękniejszy z możliwych miraży. A cichy dom? Studia? Przyjaciele? Czy o tym nie marzysz? Czy nie o tym próbujesz śnić?

Czyżby naprawdę sama nie potrafiła określić, czego chce?
Możliwe. Bardzo możliwe. Czego? Czego może chcieć? Czego może pragnąć ćpunka. Dosyć. Raz, dwa, trzy. Raz, dwa trzy. Budzimy się, Kate. Dosyć.

* * *

Wyczuł, że wczoraj również nie spędziła wieczoru w domu. Słychać to było w każdej, najmniejszej nawet cząsteczce jej głosu. Ta alkoholowa chrypa, miedziana nuta między słowami.
- Gdzie byłaś? – zapytał niepewny tego, czy chce znać odpowiedź. A jeśli straciła przytomność albo kontrolę nad sobą? Gdyby go zdradziła, nie chciałby o tym wiedzieć. Jego świat był zbyt ułożony. Zbyt idealny. Rysowany jej chłodną pasją, cichym oddechem nieistniejącego portu, do którego dane było jej zawinąć.
- Spotkałam kolegę na aukcji i poszliśmy razem do Soho. – Wyjaśniła krótko, drugą ręką malując rzęsy.
Czyli jednak jego podejrzenia nie okazały się nie do końca pozbawione sensu. Jednak wychodziła gdzieś, do tego nawet ze znajomym. Zdenerwowany, zaczął postukiwać palcami o blat stołu w jednej z przydrożnych restauracji.
- I?
- I co? – odpowiedziała pytaniem, zapinając buty. – Wróciłam, zdrzemnęłam się chwilę, a teraz idę na spotkanie z Tommy’m, Cathy i Alexem. Muszę dograć to wszystko, wiesz, o czym mówię, prawda? – zapytała, szarpiąc się z kurtką i żegnając się z Psem.
- Kate, ale...
- Bill, proszę cię, nie mów nic. Nie mów, że się martwisz, nie mów, że powinnam się wyspać. Wiesz, że chętnie bym to zrobiła. Ale nie mam czasu, Bill. Nie mam czasu. Koło świata toczy się jak dla mnie odrobinę za szybko. Przynajmniej w dzień. Też masz czasami wrażenie, że nocą świat zwalnia, staje na głowie? – zapytała, łapiąc w ręce krople deszczu, i uśmiechając się do siebie samej. Znów ten sam, lekko narkotyczny ton. Ten styl mówienia.
- Tak, chyba tak. Więc może zadzwonić do ciebie wieczorem, co? Będziesz miała więcej wolnego czasu... – powiedział zrezygnowany. Wyszedł z restauracji, aby uciec od zaniepokojonych spojrzeń Gustava i ironicznych uśmieszków brata. Oparł się o kolumnę, nie bardzo wiedząc, co ma dalej robić.
Kate zastanowiła się chwilę.
- Wiesz, jeśli będę wolna, to zadzwonię. Nie wiem, ile to wszystko potrwa, potem mam jeszcze konferencję prasową, więc sam rozumiesz... – powiedziała. Wsiadła do taksówki, mrucząc cicho, dokąd chce dojechać i spojrzała na szary, deszczowy Londyn. Może ta trasa coś zmieni. Może nawet całe jej życie. Może nareszcie dotrze do miejsc, w których słońce przemówi do niej złocistym głosem i odsunie od niej cały ten rozgardiasz wokół jej osoby.
- Jak chcesz... – mruknął, siadając na schodach. Ukrył twarz w dłoniach. Czemu mu to robiła? Czemu chociaż ten jednej, jedyny raz nie mogła zrezygnować dla niego z kolejnego przyjęcia? Praca. Chciał wierzyć, że to jest powód. Miał taką nadzieję. Chciał ją mieć.

Tom wyszedł na schody i uśmiechnął się lekko.
- Mówiłem ci, bracie, że to nie na twoje nerwy...
Bill spojrzał na niego ze złością, a on tylko wzruszył ramionami i wrócił do środka.
Skulił się na schodach.
- Kate? – zapytał, zastanawiając się, czy jeszcze się nie rozłączyła.
- Tak?
Zacisnął oczy. Właściwie nie był pewny, czy chce to powiedzieć. Nie był pewny, jak ona to odbierze. Bo w jej sercu wciąż było zbyt dużo ciemnych, nieodkrytych nigdy przez nikogo miejsc, których tak bardzo się lękał, że nie wiedział, gdzie kończy się przyjaźń, a zaczyna miłość. Czy ona chce tej miłości.
- Tęsknię za tobą, Kate.
Popatrzyła na zegarek i na ziszczone przed momentem, świeżo robione paznokcie. Wcisnęła taksówkarzowi banknot pięćdziesięciofuntowy i trzasnęła drzwiami.
- Wiem Bill, wiem. Jeśli trasa nie zostanie przełożona na wcześniejsze terminy, może wpadnę do ciebie, tam, do Niemiec. Ale teraz wchodzę do studia, więc muszę kończyć. Postaram się zadzwonić. – powiedziała, rozłączając się.
- Tak. Cześć, Kate. I... Kocham cię. – odrzekł, choć w telefonie zaległa cisza. Uderzył ręka w mur, zdzierając skórę na kostkach, tak jakby mogło to jeszcze cokolwiek zmienić.


* * *

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą. Miłość nigdy nie ustaje...?

* * *

Księgi i tak nikt nie używa. Bo po co? Przecież mówię o niej dopiero dziesiąty raz...

komentarze [7]

Part 8. "Plany i Koszmary..." >> poniedziałek, 22 września 2008 19:22:14

Właściwie nie wiem, czy to dobra notka. Sama się nad tym zastanawiam. No cóż. Sami ocenicie. Mimo wszystko, starałam się.

* * *

Chyba wciąż śniła o lepszym czasie. Nie potrafiła zwątpić w to, że może być lepiej. I choć publicznie wyśmiewała podobne pomysły, chociaż pluła w twarz tym, którzy za wszelką cenę starali się uniknąć śmierci i cierpienia, wciąż wierzyła w to, że może żyć tak jak oni – bez bólu i ciągłej adrenaliny. I idąc przez czerwony dywan, wiodący do sali pełnej bogatych ludzi z całego świata, ubrana w elegancką sukienkę z czarnej satyny, miała nadzieję, że do niej też kiedyś uśmiechnie się szczęście. Powoli odwróciła się, pokazując fotoreporterom swoje równe, białe zęby.

On stał zaraz za nią. Uśmiech spełzł z jej twarzy, głowa szybko skierowała się w stronę wejścia do sali. I nagle poczuła jego rękę na swoim ramieniu.
- To jednak ty... – mruknął Ben, uśmiechając się lekko.
- Eee... – zaczęła Kate, kiedy nagle posypały się pytania od fotoreporterów. No tak, pismaki jak zwykle szukały taniej sensacji. Bez empatii, bez zbędnej pompatyczności, bo przecież aby zadowolić miliony ludzi, wystarczy zwykłe kłamstwo.
- Skąd się znacie? – krzyknął ktoś z tłumu, stojący najbliżej reporterzy wyciągnęli ręce z mikrofonami możliwie najbliżej ich ust. Kate przewróciła oczami, chcąc ich po prostu ominąć, jednak Ben uśmiechnął się, odpowiadając na wszystkie ich pytania a potem przepraszając ich grzecznie i tłumacząc, że niestety muszą już iść, bowiem niebawem rozpocznie się licytacja.
Spojrzała na niego ze zdziwieniem.
- Skąd...
- No cóż, uciekłaś zbyt szybko, abym zdążył ci wyjaśnić, że na stałe mieszkam tu, w Londynie. – odpowiedział wesoło.
- Czy możemy o tym zapomnieć? Opuścić, posłać w eter, nigdy więcej nie poruszać tego, dosyć drażliwego dla mnie tematu? – zapytała, odwracając wzrok. To była prawda. Czuła się upokorzona i nie potrafiła ot tak spojrzeć mu w oczy, śmiać się z nim i bawić.
Skinął głową, zaskoczony tą nagła napaścią.
Opuścił głowę.
- Jak tam twoja narzeczona? – spytała, uśmiechając się pod nosem.
- Eee... Lisa? Dobrze, wszystko w porządku. Chwila. Właściwie, dlaczego ty o nią pytasz? – czemu się tym tak zdziwił? Czyżby szukał kolejnego podstępu? Czyżby zastanawiał się, czy dalej jest nim zainteresowana? Czy dalej ma zamiar pójść z nim do łóżka? Czyżby myślał, że się jej podoba?

Uśmiechnęła się lekko, wyobrażając sobie różne dziwne historie z ich udziałem. Mogliby gdzieś razem wyjść, prawda? Porozmawiać, o życiu, o sławie, o pieniądzach i o uczuciach. Pośmiać się razem z tych wszystkich pismaków. Rozwodzić się razem nad hybrydą, jaką był świat ich istnienia. I nikt nie miałby prawa powiedzieć, że jest kolejnym najbardziej nieodpowiednim mężczyzną, z jakim miała szansę się zadawać. Taka była prawda. Spała już chyba ze wszystkimi najbogatszymi i najbardziej wpływowymi ćpunami, alkoholikami i hazardzistami, jakich widziały media. Może to dlatego Ben Barnes tak bardzo ją pociągał?

Był ułożony. Wiedział, czego pragnie od życia. Nie bał się każdego następnego dnia. A ona... Nigdy, nie wiedziała, co stanie się jutro. Nie wiedziała, czy podniesie się z łóżka

Był dorosły i odpowiedzialny. Zawsze o tym marzyła. Chciała móc odpowiadać za samą siebie. Wiedziała, że to niemożliwe, choćby dlatego, że jej głos nigdy nie był tak czysty i tak opanowany. On zawsze sprawiał wrażenie spokojnego, cichego, zawsze panował nad sytuacją, zawsze grzeczny, zawsze dokładny. Zawsze.

- Pytam, żeby w ogóle coś powiedzieć. To był pierwszy pomysł, jaki przyszedł mi do głowy. – Odpowiedziała, dziwiąc się własnej szczerości. Uśmiechnął się lekko.
- Wybacz, nie powinienem był reagować tak gwałtownie, ale myślałem...
- Że czyham na to, aż się rozstaniecie? Że nie wierzę w twoją wierność i wasze szczęście? – spytała. Rozejrzała się po sali i wychyliła kolejną szklankę wybornej whisky, serwowanej przez szlajających się po sali, wytwornie ubranych kelnerów. Mówią, że prawdziwie smak tego szczególnego, złotawego napoju potrafią docenić jedynie Anglicy. Jeśli to była prawda, chciałaby poczuć ją tak, jak Anglik. Jeszcze mocniej. Jeszcze bardziej. Zachłysnąć się zapachem odurzenia w alkoholowym marzeniu o wolności.
- Nie. Zdziwiło mnie to. Po prostu. Byłaś tak zaskoczona, kiedy ci o tym powiedziałem...
- Że nie sądziłeś, że w ogóle jestem w stanie o coś takiego zapytać?
Uśmiechnął się, wzruszając ramionami.
- To, że ktoś nie wierzy w miłość, nie znaczy, że jest nieczuły. – stwierdziła. Chciała zatrzymać kelnera, jednak niespokojne spojrzenie Bena zatrzymało ją. Może dziś jednak nie warto się upijać...
- W takim razie, co łączy cię z Kaulitzem? – zapytał cicho. Wiedział, że trafił w czuł punkt. Być może w ogóle nie powinien o to pytać. Być może związki były dla niej tematem tabu. Wiedział jednak, że istnieje możliwość uzyskania odpowiedzi.
- Nie ma miłości – powiedziała, zamykając oczy. – Istnieje wspólne dobro. Uzależnienie. Fascynacje. Potrzeba bliskości. Wszystko to zamyka się pod tym jednym, wielkim, wspaniałym hasłem. A ja nie lubię wielkich słów. – powiedziała, częściowo zagłuszona przez gong, wzywający na aukcję.
- Nie odpowiedziałaś. – Zauważył spokojnie.
- Bo nie miałam takiego zamiaru. Może kiedyś. Na pewno nie teraz. Nie dziś. Dziś, podczas aukcji charytatywnej nie mogę zrobić nic, by dodać sobie aż tyle odwagi, żeby zdobyć się na takie wyznania...

* * *

Na dnie jej serca wciąż zostały upiory przeszłości. Wciąż śniła o cieniach dawnych dni. Budziła się w środku nocy, by już potem nie zasnąć na nowo. Czy to nie od tego się zaczęło? Nieprzespane noce? Dni, które ciągnęły się w nieskończoność. Wyczerpujące trasy, bez chwili wytchnienia. Beznadzieja codziennej wędrówki między kolejnymi miastami. Jack Harnett. Jej pierwsza fascynacja w drodze do gwiazd. Amfetaminowa ścieżka zgubienia. Wątpliwości, czy naprawdę warto żyć, kochać i walczyć. Pierwsze sznyty na rękach. Ostatnie dniu wolności od nałogów.

Widząc jeden z eksponatów – drewnianego konia na biegunach, pokrytego lekko zdartym już lakierem, opuściła głowę. Takiego konia podarował jej ojciec, jeszcze w Polsce. Jej koń, którego kilka lat później zniszczył na jej oczach, ponieważ w domu nie było piwa, którym mógłby zapić ciągłego kaca. ślady tępych uderzeń ojcowskiej laski lub powkręcane pręgi od kabla stały się przykrą codziennością. Uciekała od mężczyzn, bojąc się, że będą ja traktować tak samo jak jej największy upiór. Dzwonił do niej kilka razy, kiedy zobaczył jej pierwsze wywiady i teledyski. Płakał do słuchawki i błagał o spotkanie. Ale Kate za dobrze pamiętała chwilę, kiedy to ona prosiła go, aby przestał. Ile razy krzyczała z bólu i upokorzenia, uciekała z domu, aby tylko nie znajdować się tam, kiedy on będzie wracał z całonocnej imprezy w jednym z miasteczkowych barów. I nie potrafiła z nim już rozmawiać. I nie potrafiła go kochać, ani mu przebaczyć. Rzucała słuchawką dotąd, aż zrezygnował z telefonów, i idąc za jej radą, starał się zapomnieć o tym, że miał córkę.

Nie był jej prawdziwym ojcem, wiedziała o tym. Tego pierwszego jednak nie pamiętała. Zginął podczas strajku w jednej z kopalń. Matka razem z dwoma córkami osiadła w małej wiosce przy Dover, gdzie poznała swego drugiego męża, którego Kate nazywała tatą. Nienawidziła siebie za to, że nie potrafiła przypomnieć sobie nawet twarzy prawdziwego ojca, nie wspominając nawet o rozmowach czy wspólnych zabawach. A tak bardzo chciała pamiętać.

Wieczorami, kiedy siedziała w swoim ogromnym, pustym salonie i patrzyła w czarny ekran telewizora, zastanawiała się, czemu właściwie nie dała mu szansy. Czemu nie dała szansy sobie. Jej niechęć do płci przeciwnej, związana z postawą ojczyma mieszała się z kolejnymi fascynacjami narkotycznego życia. Nie przywiązywała się do swoich partnerów, przynajmniej nie tak, jak powinna była. Wykorzystywali ją. Wybijali się na jej sławie. Byli, po prostu byli. Obojętni. Próbowali ją wspierać. Pomagać jej. Ale związek i tak po pewnym czasie się kończył. Media mówiły o tym, że podczas kolejnych rozstań przechodzi samą siebie. Coraz bardziej telewizyjnie. Coraz bardziej efektownie.

* * *

- Co teraz ze sobą zrobisz? – usłyszała zza pleców, kiedy zamiast do jednej z podstawionych limuzyn skierowała się w stronę ciemnych, wąskich londyńskich uliczek. Odwróciła się, pozwalając, aby wiatr zaigrał w jej długich włosach.
- Nie wiem. Pójdę do któregoś z barów dla gejów, by rano mieli materiał na pierwszą stronę. Upiję się i będę tańczyć na stole. Całować się z lesbijkami. A potem wyjdę na ulicę, opluje fotoreportera, uderzę zaczepiającego mnie fana, i spędzę resztę dnia w areszcie. – Uśmiechnęła się lekko. – Mam cały wachlarz rozrywek do wyboru, wystarczy się tylko zdecydować.
Zatrzymała się.
- Masz ochotę mi towarzyszyć?
Spojrzał na nią z powagą.
- Nie mówisz poważnie, prawda? To znaczy... O klubie, lesbijkach i policji... – powiedział cicho, wkładając ręce do kieszeni. Chyba naprawdę przejął się tym, co przed chwilą usłyszał. I mimo wątpliwości w głosie wiedział, że to może być prawda. Kate Mazanowska dla pierwszej strony w gazecie mogła zrobić coś takiego.
- Dlaczego nie? Przecież nikt nie czeka na mnie w domu, z kolacją. Nikt nie powie mi tam, że mnie kocha, uwielbia i cieszy się, że jestem. Tylko głos ulicy jest w stanie mi to powiedzieć. – odrzekła, kręcąc się wokół własnej osi i śmiejąc się wesoło. – Nikt mnie nie trzyma w domu, a to, że jestem sławna, jest drogą do nietykalności. – dodała.
Ben pokręcił głową z niedowierzaniem. Wiedział, że nie może pozwolić na to, by poszła tam sama, i po raz kolejny pokazała mediom swoją nieodpowiedzialność. Ponieważ podzieliła się z nim swoimi planami, nie mógł na to pozwolić.
- A Kaulitz? – zapytał, mając nadzieję, że to zdoła ją zatrzymać.
Roześmiała się po raz kolejny. Niczym dziewczynka, której nic nie może popsuć dobrego humoru.
- Bill? Jest w Niemczech. W trasie. – Wyjaśniła spokojnie. – Ja swoją zaczynam dopiero za miesiąc. Na razie Tom stara się dobrać mi jak najlepsze supporty. Żeby koncerty mogły być dłuższe, a bilety jak najdroższe. I znowu pójdzie w ruch ogromna, komercyjna maszyna, jaką stajamy się podczas tras... – powiedziała. – Idziesz, czy nie?
- Kate, proszę cię, wróć do domu, wyśpij się. Jeśli chcesz, jutro pójdziemy na kawę i porozmawiamy. Ale teraz idź do domu. – Poprosił cicho. W jego głosie usłyszała lekką nutę smutku. Czemu się nią przejmował?

Czemu dawał sobą manipulować? Czemu pozwalał jej przejmować kontrolę nad sytuacją? Gdyby krzyknął, kazał jej coś zrobić... Ale on jedynie prosił. Dając jej tym samym możliwość odmowy. Dając jej szansę wciągnięcia go gdzieś do jej świata, od którego tak łatwo było się uzależnić... Pokręciła głową i ruszyła w dół ulicy, w kierunku przystanku autobusowego. A teraz prosto do Soho, czyż nie?

- Czekaj! – usłyszała za plecami. – Kate, czekaj. Idę z tobą! – krzyknął Ben, dobiegając do niej.
- Masz na sobie garnitur od Armaniego. – Zauważyła Kate, lustrując go dokładnie.
- Wiem – odpowiedział , uśmiechając się.
- Zniszczysz go dziś, wiesz? – zapytała.
- Wiem. Ale to nic. Nie mogę pozwolić, abyś poszła tam sama i zrobiła to, co masz w planach...


* * *

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest.Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą. Miłość nigdy nie ustaje...?

* * *

Cierpliwie powtarzam. Księga.

komentarze [2]

Part 7. "Bez światłocienia..." >> niedziela, 14 września 2008 20:12:23

Po dosyć długiej przerwie, otwiera się nowa karta z Jej historii. przepraszam, że tak krótko, znowu mało dialogów, dużo rozmyślań, ale pogoda jest jaka jest, ja równiesz jestem jaka jestem. Księga Gości wciąż nieodwiedzana, no cóż. Miłej lektury.

* * *

Stojąc na scenie, z nią i za nią, nie czuł na sobie blasku reflektorów. I chociaż zwykle zdenerwowałby się, teraz nie miał na to siły, czasu, ani ochoty. Hipnotyzujący, mocny głos Metztli wpływał na jego zmysły, rażąc je swoją delikatną barwą, pełną dziwnej, bolesnej nuty przeszłości. Swoją mocą, wypływającą nie z ust, ale z umysłu i gestów. Fascynacja jej osobą, jaką ostatnio przeżywał, przesłaniała mu wszyto dookoła. Cały jego świat runął, by wnieść się na nowo, w ciemnych, mrocznych barwach jej imienia.

Różniła się od każdej znanej mu do tej pory osoby. Fenomen, jakim była stawał się powoli niezaprzeczalnym zjawiskiem, przyznawali to nawet najmniej przychylni jej ludzie. Obliczono, że w najpopularniejszym w Anglii magazynie muzycznym w ciągu trzech lat pojawiły się jedynie dwa numery, w których nie znaleziono żadnej wzmianki o niej. Gazety płaciły setki tysięcy funtów za wywiady, w których mężczyźni opisywali noce spędzone z nią.

Wiedział, że to kreacja. Obraz stworzony na potrzeby ludzi, mediów i samej siebie. By samej sobie uwierzyć. By samej sobie sprostać. By samej sobie uświadomić, że zdolna jest wznieść się najwyżej. I powoli, chociaż nie bez trudu, zaczęła stawać się taka, jaką widzieli ją inni.

Ludzie nie rodzą się tacy. Wszyscy byli tego świadomi. Takimi ludzie stawali się dopiero potem, kiedy już zebrali bagaż doświadczeń, i kiedy ich ciało zmieniało się w ranę zadaną nożami ludzkich złów. Kate cała była zbudowana z ran, choć nie pozwalała dojrzeć tego światu. Bo życie, to mimo wszystko teatr. I choćby próbować się przeciw temu buntować, to i tak w pewnej części nim pozostanie. Bill bał się tego teatru, ponieważ nie wiedział, gdzie kończy się prawda, a zaczyna się kłamstwo, gdzie dobro przeplata się ze złem. Kate uwielbiała to. Dla niej to wszystko stanowiło wartości względne. Stworzone dla osiągania własnych korzyści. Dla niej wszystko było pokryte lekkim grafitem ołówka, pocieniowane do granic możliwości. Nigdy do końca czarne, nigdy do końca białe. Zawsze po środku, zawieszone w jej lekkim, niematerialnym świecie. Między muzyką a całą resztą. Między słowami.

Wiedział, że sama tworzy teksty piosenek. Sama je komponuje i opisuje w nich samą siebie, choć medialnie nigdy się do tego nie przyznawała. Ale kochał je za szczerość, za prawdę ukrytą pod pokładami kłamstw. Lady Heroin. World Behind the Door. The Last Song.
Wszystko było obrazem Metztli – spójnym swoją dziwną, narkotyczną spójnością. Bez nazwisk i zmysłów, postaci narysowane ołówkiem prawdziwego świata.

Stanęła w deszczu, pozwalając mu obmyć jej twarz i zmoczyć włosy. Spojrzała na niego spokojnie, uśmiechając się lekko.
- Świat w deszczu nabiera całkiem innego odcienia, nie uważasz? Kiedy tak stoję i patrzę, jak pada i zmywa nietrwałości, myślę, że mógłby ze mnie zmyć wszystkie moje grzechy. Tak, abym nie widziała ich już. Nigdy, nigdy więcej, promyczku. I marzę o tym, żeby zabrał mnie potem ze sobą, tam, wysoko, do chmur. Tam, bym mogła obaczyć, skąd bierze się blask słońca. I czy słońce może świecić również dla mnie. Kocham deszcz, bo deszcz kocha mnie. Ale słonce lubi inny typ człowieczeństwa. Dzień to granica. A ja nienawidzę granic. Nawet nie za to, że są, ale za to, że przekroczyłam większość z nich... – spojrzała na niego z nagłą powagą. – Chcę wyjść na ulicę w środku dnia i bez lęku przyznać się, że nie potrzebuję już niczego prócz muzyki. Chcę krzyczeć w dzień że to, co się działo przez ostatnie trzy lata nigdy nie miało miejsca. Chcę, lecz nie mogę Bill! Słońce to nie jest mój żywioł. Słońce nie jest dla mnie. Zrzekłam się go i ono nie zaświeci dla mnie nigdy więcej! Ty... Ty nie zrozumiesz. Ja wiem, co teraz myślisz. Biedna, bogata dziewczynka. Ma wszystko, ale zachciało jej się jeszcze normalności! – krzyknęła, pochylając głowę. Z jej płuc wydobył się krótki, stłumiony szloch. – Oto Kate Mazanowska. Wielka Metztli – rzuciła pogardliwie, odwracając się i idąc w dół ulicy. – Wspaniała skandalistka, zmaza cudownej sceny. Nie może sobie poradzić sama ze sobą!

Bill stał bez ruchu, patrząc na oddalającą się dziewczynę. I nie wiedział, czy to, co mówi jest prawdą, czy tylko odczuciem narkotyzującej się kreacji człowieka. Zacisnął oczy, zbierając się na odwagę podbiegł do niej i objął ją mocno. Nie miała siły się opierać. Nareszcie było jej dobrze. Jego uścisk zelżał. Dotknął jej podbródka i spojrzał jej w oczy. Pokręcił głową. Jego dokładny, mocny makijaż powoli zaczynał spływać, dotykając ziemi kolejnymi, czarnymi kroplami.

- Jeśli tylko mi na to pozwolisz, Kate, pomogę ci. Pomogę ci odnaleźć słońce. Pomogę ci odnaleźć twój blask. I nigdy więcej nie powiesz już, że ci go brakuje, bo będę strzegł, abyś już nigdy go nie zgubiła. Tylko pozwól mi sobie pomóc. Pozwól mi znaleźć twoje serce i twoje myśli. Pozwól mi, Kate! – powiedział cicho. Jego usta delikatnie musnęły jej wargi. Odsunęła się od niego spokojnie, nie zważając na jego ciche, zamknięte w oczach niezrozumienie.
- Ty nie wiesz, czym jest mój świat. Nie wiesz, co chcesz zrobić. Jesteś jak dziecko w ciemności, promyczku. Ja jestem jak ciemność, która cię otacza. I choć ciemność może być ci przyjacielem, ty nigdy nie możesz stać się przyjacielem ciemności... Nie pozwolę, byś stał się taki jak ja, promyczku. Nie zasługuję na pomoc i nie chcę pomocy...
- Nie mów tak, proszę – przerwał jej, dociskając jej zimne dłonie do wątłej, szczupłej, chłopięcej jeszcze piersi. – Nie mów tak. Każdy zasługuje na pomoc. Każdy na nią zasługuje, rozumiesz? Pomogę ci odnaleźć drogę, Kate. Otwórz przede mną swoje serce...

* * *

Otworzyła drzwi, nie odrywając swoich ust od jego warg. Delikatnie rozpięła suwak jego kurtki i odrzuciła ją gdzieś, byle dalej od nich, splecionych ze sobą ciałami i umysłami. Zarzuciła mu ręce na szyję, pozwalając mu zanieść się do sypialni i położyć na łóżku. Objął ją delikatnie, rozpinając jej czarny, koronkowy stanik. Po chwili, złączeni ze sobą w najpiękniejszy z możliwych sposobów, zanurzyli się w sobie nawzajem.

Nareszcie czuła, że wszystko jest tak, jak być powinno. Że nie wstanie następnego dnia z bólem głowy rozrywającym na strzępy każdy przebłysk żywej i realnej jaźni. Nie będzie musiała uciekać przed odpowiedzialnością i związkiem. Bo Bill wiedział, czego potrzebuje. Że wolność i niezależność są dla niej podstawą. I nawet jeśli wymagał od niej złudzenia zaufania i miłości, potrafiła podarować mu te złudzenia. Potrafiła dać mu siebie w zamian za trzymanie ją w przekonaniu, że wciąż może jeszcze wyjść z pokoju bez drzwi. Uwolnić się od świata, gdzie zamiast śniegu z nieba spadała heroina, deszczowe chmury zmieniały się w amfetaminowy pył, alkohol płynął rzekami, a gdy zbliżałeś się się do któregoś ze złotawych jezior, czułeś zapach najlepszej szkockiej.

* * *

Kiedyś trafię w miejsce, gdzie nic się nigdy nie zmienia. Gdzie dźwięki są czyste. Bez światłocienia. Stojąc na balkonie i patrząc na Billa, oddalającego się w kierunku stojącej pod domem taksówki, opuściła głowę. Uśmiechnęła się smutno.
- Wiesz, czemu pozwalam ci poznać mój świat? Bo ty go nie zdradzisz, będziesz ufał, że możesz mi pomóc i mnie nie zostawisz. Ufny. Wierny. Naiwny. Pozwalasz mi zwalczyć nienawiść do samej siebie, która swoim demonem ogarnia mój umysł. Nie wiem czemu. Nie rozumiem. Ale ty wiesz. Bo ty jesteś prawdziwy, promyczku. A ja, zmaza na twarzy świata, jestem najbardziej nierealną postacią, jaka istnieje. Ty jesteś tym, czym zawsze chciałam być. Bez światłocienia, Bill. Bez światłocienia...


* * *

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest.Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą. Miłość nigdy nie ustaje...?

komentarze [4]

Part 6. "Oto mój ból, co wyzwala..." >> niedziela, 31 sierpnia 2008 15:30:33

Dziękuję za wszystkie szczere uwagi i komentarze. Podkreślam, że bardzo mi na takowych zależy. Tym czasem nowa karta z historii Kate zostaje przed wami odsłonięta...


Nigdy nie marzyła o takim życiu. Nigdy nie miała zamiaru dać się poznać światu jako jedna z najbardziej nieokiełznanych i zdemoralizowanych osób, jakie zdołał wykreować showbiznes. Pamiętała siebie sprzed lat. Odległa i zamglona postać stojąca na jednym ze wzgórz prześladowała ją w nocnych koszmarach. Przytłaczała ją białym odcieniem swej prawdziwości i niewinności. Uciekała przed nią, jednak nie mogła się od niej uwolnić. Płakała. Błagała. Krzyczała w ciemność. A w końcu, nieutulona w swoim niewidocznym bólu, zasypiała, uprzednio wbijając sobie igłę w rękę. I tak, dziwnie ospała, zamykała się w swoim cichym świecie, by nie pokazywać swych prawdziwych odczuć i emocji.

Czy to naprawdę takie ważne, jak się umiera? Ważne, że już nie musi się oglądać świata, na którym zło szerzyło się jak zaraza, powoli zabijająca wszystkich wokół. Każdy i tak kiedyś zniknie pod wiekiem drewnianej skrzyni, kilka stóp pod ziemią. Czy warto było się starać, wzbijać się na sam szczyt? Kochać aż do bólu, a potem ranić jeszcze mocniej? Co z tego miała, oprócz tego, że zniszczyła wszystko, co mogła mieć? Coraz bardziej świadoma, coraz bliżej ziemi, coraz bardziej podobna do zwykłego ćpuna, coraz szczuplejsza, coraz bardziej... nieobecna?

- Kate, co się z tobą dzieje? Proszę cię, Kate, powiedz mi, niepokoję się o ciebie, wiesz o tym... – prosił Tom, ale ona tylko płakała i kręciła głową. Nie powie. Nie może. Nie potrafi. Zbyt bardzo jej wstyd, że dała się zaprowadzić tak daleko, straciła kontrolę nad własnym życiem i ciałem. Wstała powoli.
- Jestem zmęczona. Potrzebuję przerwy, Tommy. Potrzebuję po prostu chwili spokoju. – odpowiedziała, krzyżując ręce. Wiedziała, że może mu zaufać, że jej pomoże, obawiała się jednak, że zrobi to nie w taki sposób, jaki był jej potrzebny. Nie wyobrażała sobie odwyku – prawdziwego odwyku, z kliniką, lekami i sztabem medycznym czuwającym nad nią dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie mogła sobie pozwolić na tego rodzaju skandal, bo choć ludzie poznali ją jako dziewczynkę bez zasad, to oznaczałoby upadek.

Świat, w którym żyją gwiazdy jest dziwny. Walka o własne zdrowie oznacza przegraną. Kate nie chciała przegrać, walczyła więc z własnymi słabościami za pomocą narkotyków – jedynym dzieckiem tego świata, które w pełni ją rozumiało, dawało jej poczucie bezpieczeństwa i siłę na następny dzień. I choć zdarzały jej się stany lękowe, Anafranil potrafił pomóc w każdej kryzysowej sytuacji. Umysł stawał się czysty i rześki, a dziewczyna przestawała odczuwać głód w najsilniejszej postaci.
- Porozmawiam z Alexem i Cathy. Powiedz mi tylko, czego ci trzeba, Kate. Przecież widzę, że to nie jest zwykłe zmęczenie. – rzucił, kładąc jej dłonie na ramionach. – widzę, że coś jest nie tak. Schudłaś. Już się tak nie uśmiechasz, po każdym koncercie znikasz w garderobach. Ręce ci drżą, nie potrafisz już ukryć cieni pod oczami! Naprawdę się o ciebie martwię!
Kate odwróciła się do drzwi, po czym machnęła ręką.
- To... nic. Naprawdę nic.
Zatrzymała się z ręką na klamce.
- Kate... Czy ty... bierzesz? – usłyszała zza pleców.
Odwróciła się w mgnieniu oka.
- Ż-że... Co proszę?!
Tom zamilkł, najwyraźniej oczekując odpowiedzi.
- Jak śmiesz w ogóle mnie o to pytać? W ogóle mnie o to podejrzewać?! Ty, mój przyjaciel, moja podpora i... – dziewczyna chciała chyba jeszcze coś powiedzieć, ale zrezygnowała. Z jej płuc wydobył się cichy, stłumiony szloch. Tommy podszedł do niej i przytulił ją mocno, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo musiał ją urazić swoimi podejrzeniami.
- Hej, to nie tak. Pytam bo... brakuje mi już pomysłów, brakuje mi... sensu, Kate. Boże, ty nawet nie wiesz, jak mi na tobie zależy! Jak bardzo chcę, żeby wszystko było tak jak być powinno!

Popatrzyła na niego niewidzącym wzrokiem. I wydawało mu się, że cierpi, bo pozwolił sobie na taką myśl. I myślał, że zranił ją swymi bezsensownymi przypuszczeniami. Może rzeczywiście była zmęczona, może chora, a on podejrzewał najgorsze. Ona za to nie była teraz tam, gdzie miała się znajdować. Jej myśli krążyły wokół jednego, wyrytego w jej umyśle niczym na białym marmurze zdania. TO WIDAĆ.

Dwadzieścia pięć minut. Tyle właśnie stała już przed drzwiami studia, czekając, aż skończą się nagrania. Mogłaby oczywiście wejść do środka, ale, świadoma niebezpieczeństwa spotkania Toma, postanowiła, że poczeka na zewnątrz. Nareszcie wypadł, śpiesząc się tak, że nawet jej nie zauważył.
- Cześć, promyczku – rzuciła z uśmiechem, podczas gdy chłopak odwrócił się do niej odrobinę zdezorientowany
- Kate! Ja... Długo czekasz? – zapytał, po czym znowu zmierzwił włosy.
- Właściwie... Dosłownie moment – skłamała, aby nie zrobiło mu się głupio. Miała rację, na twarzy chłopaka odmalowało się poczucie ulgi.
- To dobrze. Wybacz, nie sądziłem, że aż tyle mi się zejdzie. To dokąd mnie dziś zabierasz? – zapytał, uśmiechając się wesoło.
- Pokażę ci Londyn. Ten Londyn, o którym wiedzą tylko nieliczni. Tacy jak ja. Pokażę ci Londyn moich własnych wrażeń. Gdzie nawet przeklęte pismaki nie mają dojścia.– stwierdziła, wsiadając do taksówki.
- Tylko dla VIP-ów? – rzucił, idąc w ślad za nią. Zamknął drzwiczki i spojrzał na nią, dziwnie nieobecną i cichą. Chwilami zastanawiał się, czy naprawdę jest tu, przy nim, czy przed czasem znalazła się w opisywanym, kolorowym świecie.
Kate pokręciła głową z lekką pobłażliwością na twarzy. Popatrzyła przez okno, na zatłoczoną ulicę miasta, pełną śpieszących się ludzi w szykownych kostiumach i garniturach.
- Dla VIP-ów? Nie, mój promyczku. Dla ludzi nie przejmujących się tym, co inni o nich pomyślą. – powiedziała, a widząc, że patrzy na nią z niezrozumieniem w oczach dodała. – Chcę pokazać ci mój kwiecisty, lekko narkotyczny świat. Planetę, gdzie w rzekach zamiast wody znajdziesz najlepszą szkocką whisky. Miejsce, gdzie obok zwykłych ludzi lubiących mocne wrażenia bawią się najbogatsi narkomani na świecie. Jesteś na to gotowy? – zapytała, otwierając drzwi.
Zastanowił się chwilę, niepewny tego, co może go spotkać.
Skinął głową.

- Kate! Kate! – krzyczał ktoś za ich plecami. Odwróciła się, rozglądając się wokoło, a potem nagle rozpromieniała, jakby stało się coś, co będzie mogło nareszcie odmienić jej szare, skomplikowane życie. Bill spojrzał na młodą, ciemnowłosą dziewczynę przepychającą się przez kolorowy tłum w ich kierunku.
- Anahi. – powiedziała Metztli powoli, lekko się uśmiechając.
- Cześć, moja narkotyczna królowo nocy! – zawołała, ale kiedy zobaczyła wyraz twarzy koleżanki, zatrzymała się, a radość spłynęła z niej jak deszcz, który czasami zastaje nas samotnych na ulicach życia spojrzała na nią, a potem na stojącego krok od niej chłopaka. Podeszła do niej powoli, odciągając ją na stronę.
- Jest z tobą? On?! – Anahi popatrzyła na rozglądającego się po sali Billa z mieszaniną zdziwienia i politowania w oczach. Kate zacisnęła usta i wzruszyła ramionami, a jej koleżanka opuściła głowę, starając się za wszelką cenę ukryć uśmiech.
- Zamknij się. I nie nazywaj mnie narkotyczną królową. Nie przy nim, dobrze? – zapytała twardo, zaciskając pięści. Wyraz twarzy Anahi coraz bardziej ją denerwował. A te jej wąskie niczym główki szpilek źrenice. Ile dałaby za to, by w tym momencie jej oczy stały się takie same. Nie. Teraz trzeba zachować choćby pozory.
- Och, daj mu trochę koki na początek i...
- Powiedziałam: nie!
- Uspokój się, przecież wygląda całkiem... przyjemnie. Możemy mu pokazać uroki... – zaczęła, ale nie dane jej było skończyć, bowiem Kate nagle szarpnęła ją i przycisnęła do ściany.
- Powiedziałam: daj sobie spokój, zrozumiałaś?! – wycedziła. Anahi spojrzała na nią – Bill dostrzegł w jej oczach cień strachu.

Kimkolwiek była Kate, ludzie wiedzieli, że nie jest pierwszą lepszą lalką do zabawy. Widział to, kiedy pewnie kroczyła w kierunku baru, a tłum tańczących z opuszczonymi głowami schodził jej z drogi. Niektórzy uśmiechali się lekko, inni machali jej energicznie, byleby tylko podniosła oczy i zmierzyła ich tym swoim zimnym, wzgardliwym wzrokiem, ktoś krzyknął, że Kate Mazanowska przybyła do klubu.

Hybrydyczny obraz dziewczyny, który pielęgnował w swojej głowie któryś już tydzień nabrał nowych barw. Między pozornie nie pasującymi do siebie elementami jej charakteru dostrzegł potęgę ich niespodziewanej spójności. Kate - manipulatorka. Kate - gwiazda. Kate – nie przejmująca się zdaniem nikogo. Kate – narkotyczna królowa nocy. Królowa sceny. Patrzył na nią. Z uwagą przysłuchiwał się każdemu jej słowu.

- Czemu jej to zrobiłaś? – zapytał w końcu, siadając naprzeciw niej przy jednym ze stolików.
- Anahi? Nie przejmuj się nią, rano nawet nie będzie tego pamiętać... – odpowiedziała cicho, wołając kelnera. Powoli rozejrzała się. Zmierzyła wzrokiem ludzi. Pewnie nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, co można wyczytać z jej oczu. Ile kosztowało ją bycie tą, za jaką się podawała. Ile zapłaciła, by zamienić małą, zamkniętą w sobie dziewczynkę w prawdziwą skandalistkę i gwiazdę. Czy teraz było jej lepiej? Czy była szczęśliwa? W jej spojrzeniu wyczuwał ból i głód. Głód wrażeń. Głód. Ten jedyny. Ból, a którym mogła zapomnieć tylko w jeden sposób. Jak? Jak można? Zapomnieć...?
- Kate... jeśli...
- Wiem, co chcesz powiedzieć, mój promyczku. Jeśli chcesz, idź, zaćpaj, może humor ci się poprawi. Ja nikomu o tym nie powiem. Zaćpaj, zapomnisz o tym, jak bardzo, bardzo cię boli, tam, głęboko, w środku. Tam, głęboko, gdzie jestem rozdarta. Zaćpaj sobie, zapomnij a potem całuj mnie w jednej z tych obskurnych toalet. Wiesz co? Masz rację. - Złożyła ręce w charakterystycznym geście.
- Chcesz? – zapytała cicho, uśmiechając się do kelnera, który przyniósł jej na tacy torebeczkę wypełnioną białym proszkiem. Zastanowił się chwilę, po czym skinął głową.
Roześmiała się, skręcając pięćdziesiąt funtów i wciągając wszystko.
Spojrzał na nią z niezrozumieniem.
Zacisnęła oczy.
Otworzyła je.
Źrenice powoli zaczęły się zawężać.
- Naprawdę sądziłeś, że pozwolę ci wpaść w to wszystko? Nie, mój promyczku. Jestem bezwstydna, ale nie okrutna... Bo potem... Potem nie ma wzlotu. Tylko moje rozdarcie. Tylko mój ból... Jednak wiem, że to ten właśnie ból mnie wyzwala... Ale nie rozmawiajmy o tym. To, nieważne, nie teraz. W końcu nie spotkaliśmy się tu po to, by omawiać moje błędy i decyzje. Nie wyciągałeś mnie z domu, żeby słuchać o moim nędznym, narkomańskim życiu, prawda? Więc bawmy się. Bawmy się, bo nie wiemy, kiedy ten cały wątpliwego istnienia Bóg zabierze nas do lepszego świata – powiedziała, wstając i kierując się w stronę baru. Złapał ją za nadgarstek.
- Nie wiem, kim dla ciebie jestem, Kate. Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz. Ale jeśli ma ci to ulżyć, możesz opowiedzieć mi o wszystkim, co cię boli. Chcę wiedzieć. Chcę cię wysłuchać. Powiedz mi o tym. Wyduś to z siebie. Ja... nie wiem, czy w to uwierzysz, jednak ja naprawdę nie powiem nikomu. Nie zdradzę twoich sekretów, Kate... Mnie możesz zaufać... – szeptał, dociskając ją do serca.
Po chwili odsunęła się od niego, ich oczy spotkały się na chwilę.
- Kate? – Anahi podeszła do nich i stanęła za jej plecami. Wyraz obłędu, jaki malował się na jej twarzy lekko przerażał Billa. Czy Kate też kiedyś stanie przed nim w tym stanie, z rozmazanym spojrzeniem i drżącymi dłońmi? – Kate, barman pyta, czy dziś również ma cię zapowiedzieć...
Metztli popatrzyła na niego i uśmiechnęła się lekko.
- To jak, mój promyczku? Co powiesz na wspólny koncert?

* * *

,,Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą... Miłość nigdy nie ustaje...?’’

* * *

Może jednak Księga Gości? Proszę, błagam, nalegam.


komentarze [9]

Part 5. "19 lipca..." >> czwartek, 21 sierpnia 2008 15:25:10

Coraz mniej komentarzy, ale no cóż, to nic. I nawet jeśli chciałabym aby było ich więcej, to cieszę się że przynajmniej niektóre są z sensem.

Z dedykacją dla koleżanki z bloga "Kwiaty Na Poddaszu"

Wracała do domu po prawie miesiącu nieobecności. Dziwiła się, że Pies w ogóle jeszcze ją pamięta. Może to prawda, że kiedy zwierzę raz kogoś pokocha, to choćby potem człowiek bił go i głodził, nie odwróci się od niego. Jednak teraz, po dziewięciu godzinach lotu i ponad dwugodzinnej rozprawie z managerami na temat jej dość wyrazistego wizerunku miała w głowie tylko jedno. Minęła skaczącego z radości przyjaciela i wpadła do łazienki. Zmierzwiła włosy ręką, zawzięcie starając się zapomnieć o słowach, które boleśnie obijały się o ciasne ściany jej umysłu. Wyszła na balkon, ale zaraz potem wróciła do środka. Było jej zimno. Zimno i nieprzyjemnie. Oddech stawał się ciężki i urywany, a ona sama nie mogła znaleźć sobie miejsca we własnym domu. Nagle usłyszała dzwonek do drzwi. Oto pojawił się jej ratunek, jej wyjście z rzeczywistości. Jej osobiste skrzydła, które pozwalały jej wznieść się ponad wszystko, co do tej pory zostało odkryte, które nie pozwalały jej na spotkanie z ziemią. Szybkim krokiem podeszła do drzwi i otworzyła je.
- Nareszcie. – jęknęła na powitanie.
- Cześć. Nie mogłem wcześniej. Była mała obława na mieście... – powiedział Adam, rozsiadając się na kanapie. Spojrzała na niego z wyczekiwaniem, a on bez pośpiechu włączył telewizor.
- Co dzisiaj dla mnie masz? – zapytała w końcu, wbijając ręce do kieszeni. Nienawidziła, kiedy to robił. Pieprzony ćpun. Właził do jej domu jak do siebie, roznosił ten paskudny odór meliny w której zaszywał się razem z kumplami i udawał, że nie wie, o co chodzi. Poczuła przemożną ochotę wyrzucenia go za drzwi.
- Wiesz... Ostatnio gliny siedzą nam na karku. Ceny poszły w górę, trudniej cokolwiek zorganizować... Szczególnie w takich ilościach, jakich ty potrzebujesz...
- Co masz? – przerwała mu ostro. Cholerny narkoman. Trzyma ją o niepewności i myśli, że błyszczy. Najwyższa pora zmienić dilera.
- Pięćdziesiąt tabletek Anafranilu, tak jak chciałaś, amfetamina w tabletkach i sypka heroina. W porcjach oczywiście. Bez strzykawek, bo się tym brzydzisz. Oczywiście ja twierdzę, że tylko do czasu, ale...
- Masz forsę, więc wyjdź. – rzuciła cicho, nie patrząc na niego. Wyszła z salonu, by po chwili wrócić ze szklanką pełną złotawego napoju.
- A mnie nie zaproponujesz nic do picia?
- Nie będę marnować czasu ani drogiego jak cholera alkoholu. Idź już. – powtórzyła, tym razem bardziej stanowczo.
- Bo co, bo musisz wziąć?
- Bo nie mam ochoty dłużej z tobą rozmawiać! – krzyknęła. Pies warknął cicho. Chłopak spojrzał na nią niepewnie, po czym wyszedł, trzaskając drzwiami. Kate westchnęła po raz kolejny zamykając się w łazience.

* * *

Popatrzyła na Tommy’ego, który krzątał się przy kablach. Uśmiechnęła się lekko. Denerwował się jeszcze bardziej niż ona. Tak. Był perfekcjonistą do granic możliwości. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik. Kate nie zwracała na to uwagi. Wydawało jej się to nieważne i zupełnie niepotrzebne. Ale ona była uśpiona narkotykiem. Na odlocie. Dzisiaj podziałało na nią niesamowicie szybko. Nogi i ręce stały się lekkie i ciężkie zarazem. Razem z tym przyszło uczucie niesamowitego zrelaksowania, zobojętnienia na wszystko. Jej asystentka kilkakrotnie proponowała jej coś do zjedzenia, ale Kate nie mogła nic przełknąć. Ostatnio coraz częściej jej się to zdarzało. Nie dość, że jedzenie ją odrzucało, to do tego kiedy coś zjadła, najczęściej zaraz to zwracała. Kolejny objaw uzależnienia, którego podobno nie ma. Czule pogładziła miejsce po ostatnim nakłuciu. Mówią, że przez heroinę całe życie zamienia się w gruzy, a u niej ciągle było lepiej i lepiej. Powoli zaczynała myśleć, że naprawdę staje się silniejsza. Tommy kiwnął głową. Zaraz koncert się zacznie. Znów stanie w świetle reflektorów. Niezniszczalna. Niepokonana nawet przez narkotyk. To ona kontrolowała to, co się z nią dzieje, nie heroina.

Wyszła na scenę, gdzie powitał ją ryk tłumu. Uśmiechnęła się radośnie, jakby bycie tam, występowanie dla nich naprawdę było tym, czego naprawdę chciała. Bo to tego właśnie pragnęła, prawda? To był jej cel... Nie była pewna. Coś kołatało jej w głowie, sprawiając, że myśli były ciemne i nieprzeniknione, jak mgła, którą tak często widywała w swoim rodzinnym mieście. Tylko... Gdzie to było? Czy naprawdę te wspomnienia były tak odległe, że pamięć zdążyła odsunąć je tak daleko? A może po prostu nie chciała pamiętać... Boże, pozwól się obudzić. Nie. On nie pozwoli. Gdzie jest? Nie wiedziała. Patrzył na nią z góry, jak stacza się na samo dno. Nie zrobił nic, aby jej pomóc. Nic, by ją ocalić? Naprawdę? A może... Może nawet tego nie dostrzegła. Zamiast czystego sumienia wolała mieć coś innego. Też czystego. Kogo jak kogo, ale ją stać na coś więcej niż tylko brown sugar – heroinę najniższej jakości. Tak, miała przywilej bycia ponad tym. Jak długo? Póki nie spadnie na samo dno, jak każdy ćpun, na ulicę. Umrze w jakiejś obskurnej toalecie na dworcu, z żółtaczką albo HIV. Jezu, po co ona o tym myśli? Czy przypadkiem nie za dużo już tu tych znaków zapytania?

Raz, dwa trzy. To już. Już. Koniec. Może iść. Wrócić. Do czego? Przecież nie do rzeczywistości? Nie, na to jest jeszcze za wcześnie. Przerwa. Tommy coś mówi, ale ona nie rozumie, co. Wie, że może zejść. Ma godzinę, jeśli nie więcej. Do konferencji. Potem znowu wrócą mikrofony. Uśmiechnięte twarze obcych jej ludzi, pławiących się przed nią. Daliby jej się podeptać, ale jednocześnie sami ją deptali. Wbijali w ziemię. To ich wina! Zmusili ją. Nie. Nieprawda. Kate sama tego chciała i była tego świadoma.

* * *

- Słucham? – mruknęła, wygrzebując spod kołdry telefon. Która mogła być godzina? Dziesiąta? Jedenasta? Boże, czemu ludzie każą ci wstawać tak wcześnie, kiedy masz wolne?
- Cześć Kate... – usłyszała po drugiej stronie. Znała ten głos i nawet, jeśli była zaspana i lekko otumaniona potrafiła domyślić się, kto dzwoni. I pomyśleć, że od ponad dwóch miesięcy go nie słyszała... To prawda, dzwonił raz czy dwa, kiedy była w Stanach, ale rozmowy były krótkie i monotematyczne. A ona, wypalona i zamknięta w sobie, przeżywając kolejne załamanie nerwowe, nie miała ochoty na nic, poza zaszyciem się w hotelu i nie wychodzeniem z niego do końca życia. Oczywiście, na zewnątrz wszystko wyglądało tak, jak powinno. Kate pokazywała się w najmodniejszych klubach w całym USA tylko po to, by po chwili zatańczyć na stole w jednej z najbardziej obskurnych melin w mieście, upić się do nieprzytomności a potem czytać w gazecie o kolejnym wywołanym przez siebie skandalu i o tym, że jej ostatnia płyta wzbija się na szczyty popularności. Producenci i właściciele wytwórni zacierali ręce z radości. Tommy załamywał je ze strachu o Kate.

Będąc w Stanach przeprowadziła sobie prywatny, kilkudniowy odwyk, wmawiając wszystkim, że ma anginę. Przytyła cztery kilo. Zaćpała ostatniego dnia pobytu, od tak, na pożegnanie. Następne go dnia jednak głód wrócił ze zdwojoną siłą. Wciąganie powoli przestawało wystarczać, a dzień 19 lipca stał się dla iej pamiętną chwilą, kiedy po raz pierwszy, mimo strachu i obrzydzenia dała sobie w żyłę.

- Tak, cześć. Co słychać? – zapytała i chciała chyba powiedzieć coś jeszcze, jednak między słowa wkradło się olbrzymie ziewnięcie.
- Spałaś? – zdziwił się Bill, patrząc na zegarek. Wskazywał piętnastą dwadzieścia trzy. – W takim razie przepraszam, ja zadzwonię...
- I tak mnie już obudziłeś, mój słodki promyczku komercji... Mów więc, co ci leży na sercu, zanim zasnę znowu. – powiedziała, uśmiechając się lekko. Przeciągnęła się, zakładając nogi na ścianę.
- Bo widzisz... jestem w Londynie i pomyślałem... Nie wyszłabyś gdzieś ze mną? Do kina albo... – jego niezdarność w doborze słów i nieśmiałość w stosunku do niej dziwnym trafem działała u niej na plus. Zwykle wolała odważniejszych chłopców. Co tam chłopców, mężczyzn. Starszych od niej, odpowiedzialnych i troskliwych. Tych, którzy potrafili się nią zająć. Mimo to sypiała z najbardziej nieodpowiednimi facetami jakich tylko udało jej się spotkać.

- Dziś? – zapytała wstając z łóżka. Weszła do kuchni, i rozczesując włosy zalała płatki mlekiem. Wiedziała, że i tak ich nie zje, ale bawiło ją to całe przygotowywanie śniadania. Jak wzorowa uczennica z dobrego domu.
- Jeśli nie masz żadnych planów...
- Właściwie... Nie mam, ale wiesz co? Pozwól, że to ja wybiorę miejsce... – powiedziała. Tak. To ona wybierze miejsce. I pokaże mu Anglie, którą znają tylko nieliczni. Wybrani. Pokaże mu jej własny Londyn. Nie była tylko pewna, czy to się mu spodoba...


* * *

,,Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą... Miłość nigdy nie ustaje...?’’

* * *

Może jednak Księga Gości?

komentarze [14]

Part 4. "Byle dalej..." >> poniedziałek, 11 sierpnia 2008 13:00:22

Jak widać, udało mi się wrócić i skonstruować kolejny rozdział mojej opowieści. Bez męczących przestawianych znaków, z polskimi literami, choć nad fabułą pracowałam dość długo. Możliwe, że blog zosanie zawieszony na chwilę lub dwie. Historia Kate wymaga przemyślenia.

* * *

Weszła pod prysznic czując, że ból odnalazł ją nawet tu. Zalewał jej myśli nowymi, coraz silniejszymi odcieniami czerwieni, sprawiając, że nawet podniesienie powiek było dla niej zadaniem przerastającym jej możliwości. Raził najmniejsze zakończenia zmysłów. Docierał do każdego zakątka jej świadomości. Palił poczucie błogości. Rujnował ją, doprowadzając do skrajnej wściekłości. I tylko jedna myśl kołatała jej w głowie, przekrzykując natarczywe przypomnienia bólu.

Tego wieczoru naprawdę nie zamierzała brać. Nie zamierzała ćpać, pić, palić, nie zamierzała iść do klubu i tańczyć na stole. Miała ochotę jedynie na seks i sen – rzeczy, na które ostatnio brakło jej czasu. Wyrwana z szarej rzeczywistości Londynu, rozłożyła skrzydła, by bawić się nie dla radości innych, ale dla własnej satysfakcji. Bez setek fotoreporterów zanurzyć się we własnej rozkoszy. I tak, cudownie świadoma chwili zapomnienia, przestać przejmować się ludźmi. Przez sekundę stać się Kate sprzed lat.

A jednak mrowienie w dłoniach. A jednak dziwne potrzeby kłębiące się na tam, gdzie świadomość łączy się ze światem sennych ułud. A jednak myśli i ciągłe zastanawianie się, czy nie lepiej byłby jutro wstać i nie pamiętać wydarzeń z poprzednich kilku godzin. Nie dopuszczała do siebie słowa „uzależniona”. Nie była przecież uzależniona, ona po prostu nie chciała pamiętać. Nie miała zamiaru przypominać sobie, rozmawiać, analizować i krążyć nad jedną chwilą, przeżywając ją znów i raz jeszcze. Tylko aby nie być jak sęp, pastwiący się nad swą ofiarą. Ofiarą, którą stało się jej własne życie, jej godność, głos, marzenia. Ciało. Ofiara. Muzyka. Ofiara. Dla kogo. Dla ludzi. Siebie? Ludziom. Kat i ofiara.

Nie słyszała, kiedy wszedł do środka. Kiedy usiadł na fotelu, wykończony tym dniem nie mniej niż Metztli. Kiedy otworzył butelkę wody, by w ciszy rozkoszować się jej niewymuszonym chłodem. Przetarła lustro dłonią – zaparowało od gorącego strumienia, którym zwykła razić swoje ciało codziennie wieczorem, mając nadzieję, że zmyje to z niej wszystkie przewinienia. Długie włosy spłynęły na nagie ramiona. Owinęła się ręcznikiem i wyszła z łazienki, kierując się w stronę jego walizki. Zdecydowanym ruchem odsunęła suwaki i przyklęknęła przy niej, ze spokojem przeglądając jego koszulki.

- Ładnie. – odezwał się z szerokim uśmiechem. Kate poderwała głowę, odrzucając od siebie zawartość. Zaklęła pod nosem. Nie ma to jak dać się złapać obcemu facetowi na grzebaniu w jego prywatnej walizce…
- Przepraszam. – mruknęła. – nie mam własnych ubrań więc...
- Nie mówię o moich rzeczach. Mówię o tobie.
Uśmiechnął się szeroko.
- O mnie... – powtórzyła leniwie, zanurzając się w niskiej barwie jego głosu. Odrzuciła długie, ciemne włosy, uchylając lekko usta. Podniosła się powoli z kolan, pozwalając znów, by owiała ją jej zwykła, nieprzenikniona aura tajemniczości i kobiecości. Aura, która przyciągała do niej ludzi. Która pozwalała jej na balansowanie między dobrem a złem, fascynacją a miłością, przyjaźnią a nienawiścią. Na granicy szaleństwa, uzależnienia, które tak dobrze potrafiła ukryć. Chwyciła czarną koszulkę naznaczoną imieniem Calvina Kleina i z przepraszającym uśmiechem wycofała się do łazienki.

Stał w przedpokoju, kiedy wyszła. Minęła go, czuła wokół siebie zapach jego drogich perfum. Uśmiechnęła się pod nosem. Pachniał tak... Dojrzale. Inaczej niż większość mężczyzn, których miała okazję poznać. Pachniał światem bankietów na czerwonym dywanie i cichym luksusem aktorskich scen. Światem, który jej, królowej wśród muzyków, wydawał się nieznanym i niezrozumiałym, choć wcale nie lepszym od jej własnego. Przynależność do świata bankietów zamkniętych dla ludzi spoza branży miejscach wyśmiała wielokrotnie na łamach prasy i mediów.. Mówiła, że nie ma ochoty uśmiechać się sztucznie do reporterów, którzy tylko czekają na to, by się potknęła. Sama pluła im w twarz, płacąc im potem sowite odszkodowania.

Ludzie szydzili. Szydzili i będą szydzić. Wciąż i jeszcze więcej, wykrzywiając sztuczne usta w najbardziej nieprawdziwym uśmiechu, pełnym fałszywego podziwu. Mówili, że nie potrafi trzymać emocji na wodzy. Nieokiełznana. Nieokrzesana. Śmiała im się w twarz, wiedząc, że oni nigdy nie byliby w stanie splunąć komukolwiek w twarz. Uderzyć kogoś ze świadomością, że następnego dnia dowie się o tym cały przeklęty świat.

- Dokąd idziesz? – powiedziała, spoglądając na niego przez ramię.
- Do łazienki. Teraz moja kolej, prawda? – zapytał z lekkim uśmiechem...
- Tak, ale... – mruknęła, podchodząc do niego. Uśmiech powoli spełzł z jego twarzy, a na jego miejscu pojawiło się ledwie zauważalne napięcie. Kate chwyciła go za rękę i przyciągnęła do siebie. Aby nie stracić równowagi, objął ją w talii, trochę niezdarnie, ale w tym momencie była w stanie mu to darować. Od lat szukała kogoś, kto mógłby zaspokoić jej ciało i duszę, w tym samym, podniosłym, pełnym niewyszukanego romantyzmu momencie. Marzyła o tym, by znaleźć ostoję spokoju, która byłaby w stanie dać jej miłość, seks, bezpieczeństwo, dom i poczucie tego, ze nareszcie jest dla kogoś ważna. Ważna nie jako zbliżający się zapach pieniądza i bogactwa, ale jako oddech. Jak bicie serca. Tracąc zaufanie do długich związków, po których groziły bolesne, rozstania i złamane serca, zaczęła coraz głębiej zanurzać się w delikatnej, żywej barwie jednonocnych przygód z przypadkowo wybranymi mężczyznami.

- Co ty... – zaczął, ale przerwała mu, zamykając jego usta długim, namiętnym pocałunkiem. Po omacku wyczuł oparcie stojącego za nim łóżka. Usiadł, a Kate zgrabnie wdrapała mu się na kolana. Usadowiła się na nich wygodnie, wciąż nie odrywając swych ust od jego warg. Jej ręce odnalazły guziki jego koszuli. Długie, zwinne palce zaczęły schodzić coraz niżej, kiedy nagle poczuła, że jego dłonie oplatają jej nadgarstki, stanowczo ją od siebie odpychając.
- Czekaj.
- Przestań… - mruknęła, składając mokre, namiętne pocałunki na jego szyi. Odsłoniła jego klatkę piersiową, powoli przeciągając po niej paznokciem. Zadrżał. Przez moment dał się ponieść emocjom, jego ręce przewędrowały szybko przez jej plecy, ale po chwili odepchnął ją jeszcze bardziej stanowczo.
- Powiedziałem: czekaj!
- Coś nie tak? – zapytała cicho, wykrzywiając twarz w wyrazie niesmacznego niezrozumienia dla nagłej zmiany napięć. Zepchnął ją z siebie, ukrywając twarz w dłoniach.
- Co... Co ty robisz? – odwrócił się do niej i spojrzał na nią z wyrzutem.
- O co chodzi? Przecież…
Popatrzył na nią chwilę, po czym wstał, kierując się w stronę łazienki.
- Powiedzmy, że nie jesteś w moim typie, dobrze?
Otworzyła usta i sapnęła cicho, dając upust swojej złości i zdezorientowaniu, które pojawiło się po kilki sekundach szoku.
- Słucham?!
- Dlaczego uważasz, że mam ochotę na seks z tobą? – zapytał cicho, rozkładając ręce.
- To po co właściwie mnie tu zaprosiłeś?! – rzuciła, w pośpiechu łapiąc spodnie i wciągając je szybko na siebie. Zdjęła koszulkę Bena, zamieniając ją swój t-shirt i rozejrzała się, w poszukiwaniu swojej podręcznej torby.
- Może dlatego, że chciałem ci pomóc?! Gdybym miał ochotę na seks z obcą dziewczyną, poszedłbym do burdelu!
- Porównujesz mnie do dziwki?!
- Nie! Ale to, co robisz…
Popatrzyła na niego, łapiąc torbę i kierując się w stronę drzwi pokoju. Odruchowo chwycił ją za nadgarstek.
- Poczekaj, to nie tak, nie uciekaj! Proszę, zostań. – powiedział, poważniejąc nagle. – Przepraszam. Po prostu... źle mnie zrozumiałaś, dobrze? Chciałem... Nie miałaś co ze sobą zrobić. Pomyślałem, że ci pomogę. Ale... to nie tak. Nie szukam przygód, lat mam narzeczoną i...
- I jesteś jej wierny?
Popatrzył na nią, w kącikach ust czaił się uśmiech.
- Tak. To dziwne? – zapytał. Spojrzała na niego niepewnie, szukając na jego twarzy choćby cienia kłamstwa, nic jednak nie wskazywało na to, żeby wypowiedziane przed chwilą słowa
- Naprawdę nie wiem, na jakich facetów trafiałaś do tej pory, ale... Przepraszam. Nie chciałem cię urazić... – powiedział cicho, z lekkim choć uroczym zakłopotaniem.
- Następnym razem, kiedy nie będziesz chciał urazić dziewczyny. Nie mów jej, że nie jest w twoim typie. To działa trochę w odwrotną stronę... – mruknęła, nareszcie dokopując się do torby. – Teraz zejdę na dół i więcej już mnie nie zobaczysz, dobrze?
- Mam lepszy pomysł. Zostaniesz. Napijemy się gorącej czekolady. Porządnie się wyśpisz, a rano zaczniemy wszystko od początku… - powiedział, a Kate spojrzała na niego dziwnie. Rozłożyła ręce i uśmiechnęła się niepewnie.
- Chyba musiałabym być kompletnie pijana, gdybym zdecydowała się tu zostać, Ben. Ty… Ty nie masz pojęcia, jak ja się teraz czuję… Jak ostatnia…
- Jeśli chcesz, możemy wypić coś innego.
- N-nie. Lepiej nie. To…cześć. – rzuciła, wypadając na korytarz.
- Kate, zaczekaj! – krzyknął za nią. Drzwi windy zasunęły się.

* * *

,,Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą... Miłość nigdy nie ustaje...?’’

* * *

Mozolnie i wytrwale przypominam o Księdze Gości.


komentarze [3]

Part 3. ''Chcę...'' >> wtorek, 15 lipica 2008 14:53:12

Po pierwsze, przepraszam za wszystkie bledy i niedociagniecia w rozdziale, brak polskich liter w kilku slowach ode mnie. Moze jestem okropna, ale nie mam sily meczyc sie z nimi w Wordzie. Napisanie tej czesci zajelo mi sporo czasu, ale jest, pojawia sie, wiec przemilcze reszte.
Po drugie, mam nadzieje, ze do konca miesiaca pojawi sie jeszcze jedna notka, nic jednak nie moge obiecac.
Wlasnie. Wiec milego czytania.

* * *

Obserwował ją, gdy wbiegła na scenę i nic sobie nie robiąc z krzyków prowadzącego całą imprezę mężczyzny i zaczęła przemawiać do zgromadzonego pod jej stopami tłumu. Patrzył na nią, kiedy wchodziła na stół, by zaśpiewać, spełnić oczekiwania rzesz. Kiedy zeskakiwała w tłum, pozwalając się nieść na rękach ludzi. Tak, jak on dawniej, z tym, że ona miała odwagę zrobić to na żywo, bez zbędnej jej zdaniem asekuracji. A potem znikła. Strumień ludzi pochłonął ją tak samo, jak lata wcześniej jej wszystkie sny i marzenia. I pozostała sama, jedyna, ubrana we własną arogancję i pewność siebie. Rozejrzał się, licząc, że może jednak znajduje sie w zasięgu jego wzroku.

Metztli słynęła ze swych dosyć ekscentrycznych pomysłów, jednak po tym, co zastał w łazience dzisiejszego wieczoru, miał prawo być zaniepokojony. Spojrzał szybko na Toma, jej managera – on rownież sprawdzał każdy kąt sali, zastanawiając sie najwyraźniej, gdzie jest jego najsławniejsza podopieczna. Zaraz potem uśmiechnął się lekko do swego znajomego i rozłożył ręce. Pewnie po prostu chciał z nią porozmawiać, pochwalić się nią. Tak. Jeśli chodzi o Kate Mazanowską, miał czym się szczycić. Trzy lata na scenie. Cztery nagrody Grammy. Dwadzieścia cztery miliony euro na koncie, jak oceniały plotkarskie magazyny. Trzy trasy koncertowe, w tym dwie międzynarodowe, obejmujące rówież Azję. Pojawiła się znikąd i zawojowała pół świata. Nigdy nie mówiła o przeszłości, jednak mimo braku osobistych wyznań o rodzinie i dzieciństwie, dostarczała ludziom tylu wrażeń, że ciągnęli do niej jak ćmy do światła.

Tak jak zresztą Bill mógł przypuszczać, Kate, nie raczyła powiedzieć Tomowi o stanie swego zdrowia dziś wieczorem. Pokręcił głową z niedowierzaniem, po czym skierował się do wyjścia. W życiu nie pomyślałby, że cokolwiek zmusi go do opuszczenia ciepłej, wygodnej sali wytwórni i wyjścia w zimną, mglistą i deszczową noc Londynu. Przekroczył drzwi z kwaśną miną, wyraz jego twarzy zmienił się jednak, kiedy tylko dostrzegł niską, drobną, skuloną postać, swobodnie balansującą na krawędzi chodnika. Uśmiechnął sie lekko.
- Czemu uciekłaś? – zapytał, podchodząc do niej. Odwróciła się gwałtownie, tracąc przy tym równowagę. Podtrzymał ją, nie pozwalając, by upadła. Spojrzała na niego ze zdziwieniem i złością. Nienawidziła niespodzianek. Nie lubiła, kiedy ktoś chodził za nią jak cień. Bill zaś z dziecięcą szczerością i bez skrępowania pytał o wszystko, co jej zdaniem powinno pozostać tajemnicą.
- Nie uciekłam. – odpowiedziała, po raz kolejny wyglądając taksówki. – Po prostu nie miałam ochoty dłużej tam być. Jadę do domu. – wyjaśniła, patrząc w niebo. Zamknęła oczy. Idealny makijaż powoli spływał z jej twarzy, ale nie przejmowała się tym zbytnio. Przypomniał sobie jej słowa, które ostatnio przeczytał w jednym z wywiadów. Kocham Londyn. Uwielbiam każdy zakątek Anglii. Mglistą, deszczową pogodę, w głębi samej siebie kryjącą promienie słońca. W deszczu i we mgle nie widać łez, a nim woda przestanie spadać z nieba, słoneczny blask osuszy twoją twarz...

Sposób, w jaki wypowiadała się Metztli zawsze wydawał mu się dosyć zabawny. Pełen pompatyczności i emfazy. Przywodził na myśl czasy dziewiętnastego wieku, kiedy inteligenckim obowiązkiem było wypowiadanie się w w jak najbardziej podniosły, kwiecisty sposób.
- Proponuję, żebyś wrócił do środka. – odezwała się nagle, burząc dotychczasową melancholię i zaprzeczając ciszy. – Dałam światu to, czego chciał. Teraz twoja kolej. – dodała, znowu zaczynając huśtać się na krawężniku.
- Dziś nie zamierzam bawić się w gwiazdę... – odpowiedział uśmiechając się niezręcznie. Spojrzała na niego zdumionym wzrokiem. Może nawet nie tyle zdumionym, co takim, jakim dorośli patrzą na dzieci słuchając ich pomysłów. Z lekkim rozbawieniem, pełnym zrozumienia dla jego niedoświadczenia. A przecież on wcale nie był niedoświadczony. W świat koncertów i reflektorów wszedł wcześniej niż ona. Przy Kate czuł się jednak jak ktoś, kto o życiu nie wie jeszcze nic.
- To nie ty decydujesz, kiedy nią jesteś, a kiedy nie.
- Na szczęście o tym, czy mogę wyjść z imprezy, czy nie, potrafię jeszcze zdecydować... – mruknął. Uśmiechnęła się, patrząc na niego.
- To prawda. – przyznała.
Spojrzał na nią nieśmiało.
- Może... cię podwieźć? Nie chcę kwestionować szybkości londyńskich taksówek, wydaje mi się jednak, że... – zaczął, ale ona przerwała mu szybko.

Nie wiedział czemu, ale odnosił wrażenie, że wstydzi się tego, co przypadkiem zobaczył. Bała się, że poruszy ten temat. Że wróci do wydarzeń sprzed godziny, że będzie chciał wiedzieć, co tak właściwie miało miejsce w łazience. Bała się pytań o własny stan zdrowia, ponieważ sama nie wiedziała, co się z nią dzieje.
- Wracaj. Pewnie chcą...
- Ale ja nie chcę. Chcę odwieźć cię do domu. – powiedział.
Popatrzyła na niego nieobecnym wzrokiem, po czym wzruszyła ramionami. Gdyby nie była tak zmęczona, zmieszałaby go z błotem, bo ktoś wreszcie musiał pokazać mu, że zycie to nie bajka. Nie miała siły.
- Jeśli tak... – mruknęła cicho, ziewając. – Ale od razu mówię, że jeśli oczekujesz ode mnie czegoś więcej, niż niezobowiązującej rozmowy w samochodzie, nic z tego. Przynajmniej nie dziś... – dodała. Uśmiechnął się lekko, z zakłopotaniem mierzwiąc włosy.
- Jeśli... Jeśli myślisz, że ja... To znaczy, że chcę cię odwieźc żeby... W sensie, że... Boże, nie! Zlituj się! Naprawdę pomyślałaś...
- Jeżeli już masz mnie odwieźć to... przestań się jąkać. Nie mam dziś siły na wysłuchiwanie podobnych tłumaczeń... – powiedziała, siadając na przednim fotelu i zakładając nogi na szybę. Popatrzył na nią, po czym opuścił głowę.
- Przepraszam, myślałem po prostu...
- Widzisz, znów zaczynasz. Naucz się szanować ciszę. – mruknęła, zamykając oczy.

Zamilkł, wpatrując się w czerń ulicy. Spojrzał na jej zmęczoną, bladą twarz. Teraz nie wyglądała już jak gwiazda, roztaczająca swój blask na czerwonych dywanach całego świata – była jak zwykła dziewczynka, której nie dano spać przez ostatni tydzień. Drżącą ręką wzięła leżące między fotelami chusteczki, po czym wyciągnęła jedną i otarła policzki ze smug spływającego krokodylimi łzami tuszu. Zmierzyła go wzrokiem, a ich oczy spotkały się przez chwilę.
- Wiesz, – powiedziała – są rzeczy, które dają energię, ale potem wysysają ją z ciebie bardziej niż najgorsza choroba. Najpierw lecisz wysoko, ale by utrzymać się na tym poziomie, potrzebujesz tego więcej i więcej. W końcu granica zaciera się, nie wiesz, kiedy tak naprawdę straciłeś panowanie. Potrzebujesz skrzydeł, mój drogi promyczku komercyjnej sceny, skrzydeł... – dodała. Jej oddech był płytki, ale miarowy. Nie wiedział, co ma powiedzieć. Przy niej w ogóle nic nie wiedział. Ona mogłaby mówić, a on tylko patrzeć, jak jej usta układają się na kształt wypowiadanych słów.
- Mówisz... o narkotykach, prawda? – zapytał drżącym głosem. Podniosła ciężkie powieki, by po raz kolejny znalazł się w zasiegu jej wzroku.
- Mówię o tym, że nie da się być po prostu silnym. Silnym samym sobą. By być silnym, potrzebujesz filaru, na którym będzie opierać się twoja siła. Może być nim przyjaźń, miłość, albo inne abstrakty. Albo coś bardziej... czy ja wiem, fizycznego. Rozumiesz, co mam na myśli? – powiedziała. Skinął głową. Tym razem nie otworzyła nawet oczu.

Zatrzymał się przed małym apartamentowcem, jednym z wielu podobnych w tej dzielnicy Londynu. Przed nimi rozpościerał się widok na Tamizę. Wiele osób zastanawiało się, czemu gwiazda tego formatu wybrała to miejsce. Było przecież tyle bardziej odpowiednich dzielnyic, chośby niedalekie Notting Hill lub okolice Hyde Parku. A ona wybrała zwykłe Chiswick. Małe Chiswick, pełne zwykłych ludzi. Odpowiadała, że tam może tworzyć. Myśleć. Tam rodzi się jej nadzieja. Wiara w to, że nawet ona może być po prostu sobą, bez zbędnych słów. Bez światłocienia. Tak, stwierdzenie, z którego słynęła Metztli.

Kiedyś, odejdę w miejsce
Gdzie nic się nie zmienia
Gdzie dźwięki są czyste.
Bez światłocienia.


Po chwili Kate również zorientowała się, że są już na miejscu. Po omacku znalazła klamkę i otworzyła drzwi, pozwalając podmuchowi chłodnego, nocnego powietrza wkraść się między wargi i włosy.
- Kate! – zaczął, po czym zamilkł. Spojrzała na niego z oczekiwaniem.
- Myślisz... To znaczy... Kiedy będę w Angli albo ty... Spotkamy się kiedyś? – zapytał. Wydawało się jej, że był zadowolony z samego faktu, że odważył się ją o to spytać. Uśmiechnęła się do niego, odchodząc od samochodu. Nie zamknęła za sobą drzwi, zastanawiał się, czy nie chciała ich zamykać, czy może po prostu o tym zapomniała. Nagle odwróciła się.
- Chciałbyś, żebyśmy się spotkali?
Spuścił wzrok, nie bardzo wiedząc, co ma odpowiedzieć.
- Ja... Tak. Bardzo.
Zamknęła oczy.
- Może. Może kiedyś... Ale... Dziś już o mnie zapomnij... – powiedziała cicho.

* * *

Błagała Boga, aby dał jej szansę na nowo uwierzyć w ludzi. By na nowo odkrył przed nią tajemnice szczęścia. On nie słuchał. Odwróciła się więc od Niego tak samo, jak on zostawił ją dla tysięcy innych istot. Zamknęła drzwi, siadając pod nimi. Z ust wyrwał sié pojedynczy, zduszony szloch. Ściany nie zdradzą nikomu jej sekretów. Nikomu nie powiedzą, co widziały tego wieczoru. Na noc przed wylotem do Stanów Zjednoczonych Kate Mazanowska nie spała. Choć nie wierzyła w to, że Bóg istnieje, modliła się. O siłę. O wolność. O życie bez amfetaminy, heroiny i Anafranilu. Bez złudzeń i jaskrawych kolorów, gdy znajdowała się w stanie narkotycznego uśpienia. Modliła się, by nadszedł ktoś, kto jej pomoże. Ktoś, kto ją uwolni. Nawet, gdyby tym kimś miała być smierć...

* * *

Metztli nienawidziła lotnisk. Napawały ją wstrętem. To było jedno z tych miejsc, gdzie szanse na pozostanie anonimowym były równe zeru. Dziś pozostanie anonimowym było jej największym marzeniem. Szczególnie teraz po blisko dwunastogodzinnym locie z Londynu do Nowego Jorku. Kiedy nie mogła nawet jechać do hotelu, ponieważ ludzie z obsługi nie mogli znaleźć jej walizek. Usiadła na jednym z foteli w specjalnie wydzielonej strefie. Tak, to prawda. W Ameryce wiedziano, jak dbać o ludzi wielkiego formatu. Ukryła twarz w dłoniach, powstrzymując łzy, które cisnęły jej się pod powieki. Ciszę przerwał urwany szloch.
- Eee... przepraszam? – usłyszała. Ponieważ w pobliżu nie było nikogo oprócz niej, założyła, że było to skierowane do niej. Podniosła głowę, dostrzegając stojącego nad nią wysokiego, szczupłego chłopaka. Miał ciemne oczy i włosy do ramion, nie nosił jednak munduru, który tak bardzo chciała teraz zobaczyć, munduru człowieka, który zaraz powie jej, że jej walizki się znalazły i są już w drodze do hotelu.
- Zastanawiam się... Czy coś się stało? – zapytał, siadając odok niej. Szczerze mówiąc, nieszczególnie pragnęła towarzystwa. Pokręciła głową.
- Moje walizki gdzieś zabłądziły. Czekam na jakieś informacje. – wyjaśniła, ocierając łzy z twarzy. Wydawało jej się, że gdzieś go już widziała, nie miała jednak pojęcia, gdzie. Miała tylko nadzieję, że to żadna z jej przypadkowych, nocnych znajomości, jakie zawiązywała na licznych imprezach pełnych mniej lub bardziej znanych osób, które marzyły, by dziś spojrzała właśnie na niego. Jej wzrok padł nagle na napis nad drzwiami pokoju. Skoro strefę tą odwiedzały jedynie znaczące osoby, możliwość ta stała się podejrzanie prawdopodobna.

- Jestem Ben. Ben Barnes. – przedstawił się z lekkim, noszlanckim uśmiechem.
- Kate Mazanowska. – odpowiedziała, podając mu rękę. Był chyba starszy od niej, nie była tego pewna. Chciała coś dodać, ale zamiast tego ziewnęła przeciągle, nawet nie zasłaniając ust dłonią. Roześmiał się.
- Nie ma się z czego cieszyć. Dziś wieczorem miałam być w hotelu w Filadelfii. To oznacza, że nie mam się podziać... – powiedziała, mierzwiąc włosy. Odruchowo przypomniała sobie, że mierzwienie sobie włosów było specjalnością Billa. Robił to zawsze, kiedy był zażenowany.
- Czemu w Filadelfii? – zapytał, przechylając głowę. Prawdę mówiąc, jej też wydawało się to dziwne. Czemu nie mogła lecieć od razu do Filadelfii? Zamiast tego siedziała w Nowym Jorku, prześladowana przez ciągłe telefony Tommy’ego, który musiał powiedzieć coś tym wszystkim czekającym na nią fotoreporterom.
Wzruszyła ramionami.
- Nie wiem, ale jeśli chcesz zaprosić mnie do siebie, bo całkiem przypadkiem masz tu przytulne mieszkanko albo apartament w jakimś przyjemnym hotelu, naprawdę nie mam nic przeciwko... – powiedziała.
Popatrzył na nią, niepewny tego, czy powinien wyczuć ironię w jej głosie, czy też wcale jej tam nie było. Wyglądała na naprawdę zmęczoną, zupełnie inaczej niż na zdjęciach.
- Właściwie... Mieszkania nie posiadam, ale...
Uśmiechnęła się. Czemu dobrzy ludzie są tak łatwowierni i pomocni? Czemu pozwalają sobą manipulować? Dlaczego dawali jej przewagę nad sobą, choć wcale tego nie chciała? Wstała, stając naprzeciw niego i wyzywająco patrząc mu w oczy. Tej nocy nie będzie sama...


,,Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą... Miłość nigdy nie ustaje...?’’

Przypominam o wpisach do Ksiegi Gosci. Prosze, ulatwcie mi zadanie. Tylko raz...

komentarze [8]

Part 2. "Nie będziesz pamiętał..." >> wtorek, 24 czerwca 2008 19:34:31

Wracam z następnym rozdziałem. Więcej akcji, ale chyba tylko chwilowo, bo zdecydowanie lepiej czuję się w opisach. Właściwie to... Nie wiem, czy to dobry tekst. Śiweci słońce. Nie chce mi się myśleć, a Kate, jako dość głęboka i wypukła postać wymaga ode mnie sporo myślenia. W mojej głowie krąży mnóstwo pomysłów na inne postaci, oraz na samą Kate, ale na efekty będziecie musieli jeszcze trochę poczekać. Następna notka pojawi się w czwartek. To jedyna, którą zdążyłam stworzyć. Potem wyjeżdżam, będę pisać z innego komputera, nie miałabym do niej dostępu, a jak wiadomo, nigdy nie wyjdzie za drugim razem tak, jak wyszło za pierwszym.

- Wiesz, że wypadałoby... – zaczął cicho tom, widząc, jak wkłada na oczy ciemne okulary i przepina pasek o jedną dziurkę luźniej, ale Kate machnęła tylko ręką.
- Kochanie, czy mnie kiedykolwiek obchodziło to, co wypada? – zapytała bez ogródek, wyskakując z samochodu. Tom zrezygnowany pokręcił głową.
- Kiedyś... pamiętam, że kiedyś bardzo cię to obchodziło. – mruknął, wysiadając. Popatrzył na nią niepewnie. Uśmiech. Krok. Pewność siebie. Otwartość. Gwiazda w każdym calu. Lekko opuściła głowę, kiedy oślepił ją nagły błysk fleszy, ale tylko po to, by zaraz ją podnieść i zapozować do kilku zdjęć. Przywołała go do siebie lekkim gestem, by obiektyw mógł objąć i jego, po czym podeszła do stojących za barierką fanów, by dać im kolejną setkę autografów i szansę na rozmowę lub fotografię. Pokręcił głową z niedowierzaniem. Pamiętał ją z czasów, kiedy jako kelnerka zarabiała na życie w obskurnym barze pod Londynem. Jak cieszyła się, kiedy zaproponował jej przyjazd do studia, gdy usłyszał, jak śpiewa, by zabawić czymś podpitą już lekko publikę. Jak bała się nie sprostać wymaganiom tłumu. Popełnić błąd, który spowodowałby, że ten sam tłum ją znienawidzi.

Wkroczyła do środka, nie mogąc znieść hałasu, na który została narażona. Głowę rozsadzał jej dobrze znany już ból, przyjaciel towarzyszący jej przez te wszystkie lata. Podniosła dłoń, by wspaniałomyślnie machnąć do zgromadzonych poniżej ludzi, którzy powitali ją kolejną salwą okrzyków. Kątem oka zauważyła Seana, właściciela jej wytwórni, stojącego na podeście po drugiej stronie sali. Wesoło gawędził z kilkoma osobami, od czasu do czasu pokazując na nią i wzruszając ramionami.
- Wiesz, że nie chcę tu być, prawda, Tommy? – zapytała, siadając przy jednym z wolnych stolików w kącie. Delikatnie zasygnalizowała kelnerowi, aby możliwie jak najszybciej przyniósł im dwie tequile. Młody chłopak zniknął za moment za barem, by zaraz przynieść im na srebrnej tacy dwie szklanki dobrze schłodzonego alkoholu.
- Na mnie nie licz. Miałem cię tu przywieść, a potem wrócić do Seana i chłopaków, więc... – powiedział, najwyraźniej ignorując jej pytanie. Kate spojrzała na niego zdziwiona.
- A czy prosiłam cię, żebyś ze mną wypił? – mruknęła, wychylając obydwie przyniesione szklanki. Tę ostatnią postawiła z hukiem na stole, po czym wstała i otrzepała z bluzki niewidzialny pyłek. Zawsze to robiła, przygotowując się do wyjścia na scenę. Tak, jak gdyby strzepywała strach, zasiadający na jej ramieniu niczym sęp, za każdym razem, kiedy pokazywała się publiczności.
- Chcą przedstawienia? Będą mieli przedstawienie. – powiedziała, ruszając w stronę sceny.

* * *

- Wyjść! – krzyknęła młoda, ciemnowłosa dziewczyna, wpadając do toalety i zamykając się w kabinie. Ludzie zdawali się być zaskoczeni, ale posłusznie opuścili pomieszczenie. Ostatnio jej żołądek nie pracował najlepiej, czuła to. Tłumaczyła to sobie stresem, nadmiarem pracy i brakiem odpoczynku, oraz bardzo nieregularnymi posiłkami, ostatnimi czasy zaczynała się jednak martwić, czy nie jest to przypadkiem coś poważniejszego. Starała się nie dopuścić do siebie tej myśli, ta jednak wciąż podstępnie kaleczyła najdalsze części jej umysłu, w które była odsuwana, co sprawiało, że przerażający lęk przed chorobą stawał się nie do zniesienia. Zwracała średnio co drugi, co trzeci posiłek. Nagle usłyszała ciche pukanie do drzwi kabiny. Tommy. Jak zwykle na czas, by uratować mnie przed mediami i ludźmi.
- Nie męcz mnie pytaniami, dobrze? – mruknęła z nagłym przypływem złości, że po raz kolejny stawia siebie i jego w tak niezręcznej sytuacji. Mimowolnie uśmiechnęła się, przypominając sobie, jak Tom zawsze skarżył się na jej humory.
- Wszystko... wszystko w porządku? – zapytał głos zza drzwi. Głos, który z pewnością nie należał do Tommy’ego. Klamka powoli powędrowała w dół, a drzwi otworzyły się, ukazując siedzącą na podłodze Kate. Głowę wsparła na dłoniach, pozwalając by długie, proste włosy stworzyły swego rodzaju namiot, odgradzający jej twarz od rzeczywistości. Słysząc cichy szczęk zamka podniosła wzrok, by ujrzeć nad sobą chłopaka. Zmierzyła go zimnym spojrzeniem, ale on, klęknął przy niej, nie zważając na jej obojętność i sugerowaną niezależność. Chciała, by stamtąd wyszedł. By zostawił ją sam na sam z toaletą. Nie potrafiła mu jednak tego powiedzieć, widząc zmartwienie na jego twarzy. Ludzie wokół niej martwili się o różne rzeczy. O jej pieniądze, płyty, autografy, o to, by nie zabrakło biletów na koncerty. On martwił się o nią. Po prostu, bezinteresownie.
- Nic ci nie jest? – ponowił pytanie.
Zaprzeczyła ruchem głowy.
- Nie... – mruknęła, zastanawiając się nad jakąś sensowną wymówką, którą mogłaby wymigać się od dalszych tłumaczeń. - To tylko... nadmiar stresu i wrażeń. Czasami nawet mój żołądek domaga się przerwy... A przerwy nie mam na razie w planach. To znaczy... miałam. Dziś, ale się nie udało. – powiedziała, uśmiechając się lekko. Chłopak miał niewypowiedzianie brązowe oczy. A może... tylko jej się tak wydawało? Kolory czasami bywały przecież wyraźniejsze niż zwykle... Były jednak brązowe, to pewne. Brązowe, otoczone wyraźną, czarną obwódką, patrzyły na nią z niepokojem i niepewnością.
- Jesteś pewna?
Skinęła.
- Pomożesz mi wstać? Nie będę tu tak siedzieć... – zapytała cicho, po raz pierwszy od długiego czasu czując się zmieszana swoim zachowaniem. Chciał jej pomóc, a ona nie potrafiła tego docenić. Podał jej rękę, by mogła się podnieść. Wyszła z kabiny, by móc spojrzeć na niego w normalnym, niezmąconym sieniami toalet świetle.
- A. – I to było wszystko, na co było ją stać. W takich momentach przypominało jej się, że nie jest nikim więcej, niż opuszczonym dzieckiem ulicy, które nie powinno, co więcej, nie potrafi obracać się w towarzystwie pięknych i sławnych osób, nawet jeśli oni uważali ją za jedną ze swoich.
- Tak? – spytał, uśmiechając się lekko. Najwidoczniej zorientował się, że dopiero teraz poznała, kim jest. Wzruszył ramionami i rozłożył ręce, jakby chciał zademonstrować jej, że to naprawdę on i nie ma w tym nic dziwnego, a kąciki jego ust podniosły się jeszcze wyżej.
- To na wasze życzenie mnie tu ściągnęli...zabierając mi pierwszy wolny dzień od trzech miesięcy. A najpierw na wieść o waszym przyjeździe kazali mi wynieść się ze studia... – wycedziła cicho, z rozbawieniem obserwując jego reakcję. Delikatnie zmierzwił i tak już zmierzwione do granic możliwości, czarne włosy i spojrzał na podłogę.

Metztli lubiła zawstydzać ludzi swoim zachowaniem, nieważne, czy chodziło o zachowanie nieprzyzwoite, szczere czy po prostu chamskie. Czasem było to przybieranie wyzywających póz, wygłupianie się na środku zatłoczonej ulicy, czy, jak w tym momencie, najzwyczajniejsze gry słowne i manipulację, czasami szydzenie z nich i równanie ich psychiki z ziemią. Tylko po to, by sprawdzić, jak to jest być wygranym, jak wygląda poniżony człowiek. Lubiła ich prowokować i sprawiać, że ich policzki się rumieniły. Patrzeć na ich uwalniane powoli uczucia: zmieszanie, złość, wstyd, strach, lęk, rozbawienie. Dla wielu była granica, na której przestawała działać magia szklanego ekranu. Granica aktorstwa. Uniosła głowę, wyzywająco czekając na odpowiedź.
- No... To znaczy, przepraszam. – mruknął, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
Roześmiała się serdecznie, widząc wyraz jego twarzy.
- Chodź. Świat czeka na show. Trzeba dać mu show. I nie myśl o tym, co tu widziałeś. Jutro rano, kiedy się obudzisz, nie będziesz pamiętał, co się wydarzyło. Nie będziesz pamiętał o mnie... – powiedziała, biorąc go za rękę i prowadząc go na salę.


* * *

"Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą... Miłość nigdy nie ustaje...?"

Przypominam o wpisach do Księgi Gości.

komentarze [9]

Part 1. "Panna Nikt i Panna Ktoś..." >> poniedziałek, 16 czerwca 2008 19:43:30

Hmm... Może nie najlepsza pora na nową notkę, ale bardzo lubię deszcz. Nie rozumiem ludzi, którzy go przeklinają. Dla mnie deszcz to nastrój do przemyśleń. I wena.
Co do stylu opowiadania. Będą to zwykłe notki narracyjne, jednak czasami to, co będzie działo się z Kate i innymi bohaterami, skontrastwane zostanie z ich własnymi słowami z wywiadów. Chcę przez to uwypuklić różnicę między tym, co się mówi, a tym, co się czuje. Bohaterowie, szczególnie Kate "Metztli" Mazanowska, to osoby zagubione we własnym życiu, a ten drobny zabieg pomoze nam odnaleźć ich problemy i osobowości.
Po następne. W kolejnych rozdziałach będą cytowane fragmenty tekstów piosenek. Jeśli będą oznaczone gwiazdką, pod spodem znajdzie się odpowiedni komentarz odnośnie pochodzenia. Jeśli takowej gwiazdki nie będzie, oznacza to, że tekst należy do mnie, i prosiłabym, aby go nie kopiować (bo znalazły się osoby, które je sobie przywłaszczały, podpisując jako swoje).
Właśnie. To chyba będzie na tyle.

* * *

Zatłoczona ulica. Pełna obcych, nieprzyjaznych jej ludzi, zazdrośnie strzegących przed nią swoich tajemnic. Ludzi pełnych nienawiści i obojętności w stosunku do otaczającego ich świata. Ludzi bez serca, którzy nie mają siły ani ochoty, by nieustannie iść na przód i szukać własnej drogi, niepowtarzalnej osobowości i siebie. Nie chciała taką być, jednak nie udało jej się temu zapobiec. Była jedną z nich, choć oni uważali, że jest inaczej. Myśleli o niej jak o gwieździe. Tej, która ma wszystko, czego zapragnie. Która zawsze ma wokół siebie multum pięknych i wesołych ludzi, pocieszających ją w trudnych chwilach. A ona była alegorią samotności. Nie potrafiła się otworzyć.

Lękała się świata. Bała się jego ogromu, choć czerpała z niego całymi garściami. Szła naprzód, zaciskając powieki i starając się, by jej krok wyglądał na pewny i stanowczy. By jej twarz pozbawiona była strachu. By jej usta ubrały się w najpiękniejszy uśmiech, na jaki było ją stać. By zapomnieć o bólu, który miała w sercu. Byleby tylko każdej nocy nie wracać w miejsce, gdzie spędziła dzieciństwo. Byle tylko nie oglądać łóżka, w którym leżała nieprzytomna już matka. Chciała umrzeć w domu, mówiąc, że to jest jej miejsce. Póki tam była, dom był również miejscem Kate. Potem... Potem przestał nim być.

Weszła na klatkę schodową, strzepując krople wody z parasola. Rozejrzała się po pomieszczeniu, czując potrzebę zmian, wszystko jednak nadal było takie same: kremowe i sterylnie czyste. Delikatnie przekręciła klucz i otworzyła drzwi prowadzące do jej mieszkania. Nie minęła sekunda, kiedy w holu pojawił się jej pies, czarno-złoty owczarek collie który, przeciągając się majestatycznie, zaczął łasić się do jej stóp. Dzisiaj spędziła w studiu jedyne czternaście godzin. Niewiele, biorąc pod uwagę to, że kończyli miksowanie utworów na jej nową, drugą w karierze płytę. Zaczęli wczoraj w nocy, by skończyć przed pierwszą, kiedy to przyjeżdżał inny zespół, by zając salę nagrań. Jej salę nagrań. Salę, która była jej ostoją, w której śmiała się i płakała, w której przeżywała najgorsze i zarazem najlepsze chwile swego życia. Nawet nie wiedziała, dlaczego czuła się z tym tak nieswojo. Nie miała zwyczaju przywiązywać się do miejsc, gdzie bywała. Wprost przeciwnie – nienawidziła sentymentalności u ludzi. Tęsknota za domem, zresztą, za czymkolwiek, wydawała jej się bezsensownym wysiłkiem. A i tak nie miała czasu na sen.
- Chodź tu, Psie. – mruknęła, rozkładając się na kanapie. Czując piasek pod powiekami zerknęła na zegarek. Wskazywał dziewiętnastą. Późno. Jak zwykle późno. Zasiedziała się na jednym z małych, nikomu nie znanych, pięknych londyńskich bulwarów. Te, w przeciwieństwie do innych nie epatowały barokowym przepychem sklepowych wystaw i kawiarni. Wprost przeciwnie – pełne ciepła i anonimowości przyciągały ją, jak żarówka spragnioną światła ćmę. Kate lubiła obserwować ludzi. Często chodziła bez celu po mieście lub siadała na balkonie i patrzyła na nich, wyobrażając sobie historie z ich udziałem. Śmiała się z nich i płakała razem z nimi.

Nie nadała Psu imienia. Nie mogła się zdecydować, pozostał więc Psem, po prostu Psem. Kate była zadowolona z takiego obrotu sprawy. Pies nie wydawał się rozczarowany tym pomysłem, więc i ona była szczęśliwa. Imponowała jej zwykłość tego osobliwego imienia. Ona też momentami chciała być zwykła. Panna Nikt, tak jak setki i tysiące innych ludzi. Ale, w przeciwieństwie do tego, co myślały te szare istoty, nawet ona nie mogła dostać wszystkiego, co chciała mieć. W jej marzeniach istniała bowiem pewna drobna niezgodność – nie dawała rady być jednocześnie znana i nieznana. Pośród rozmyślań i pachnącej ciepłem sierści Psa, telefon był zdecydowanie najmniej chcianym zjawiskiem.
- Czego chcesz? – zapytała sucho, zwlekając się z łóżka. Na małym monitorze wyświetlił jej się numer Tommy’ego, jej producenta. W tle słyszała dźwięki imprezy, i to nie byle jakiej, jak jej się wydawało. Oparła głowę na dłoni, nie mogąc uwierzyć, że coś znowu przerwało jej odpoczynek.
- Kate? Kate, musisz tu przyjechać! – rzucił Tom wesoło, choć ledwie go usłyszała w natłoku muzyki i krzyków wydobywających się ze słuchawki. Przewróciła oczami. Hałas. W tym momencie hałas był gehenną. Nie była pewna, czy zdoła ją przetrwać bez... jak lubiła to nazywać, skrzydeł. Nie inaczej, właśnie skrzydeł.
- Tommy, daj mi dziś spokój, co? Zresztą, nic nie muszę... – mruknęła, ziewając. Była wykończona, nie miała siły na nic prócz snu. A teraz on chce ją wyrwać z objęć Morfeusza, bo ktoś zorganizował gdzieś imprezę? Co to, to nie. Pies podniósł głowę, jakby przysłuchiwał się rozmowie. Pogłaskała delikatnie jego płaski pysk w stylu „chciałabym z tobą zostać, stary, ale muszę iść”. Współczuła mu z całego serca. Siedział sam przez większość czasu. Trzy lub cztery razy dziennie przychodziła do niego opiekunka, by go nakarmić i wyprowadzić, ale Kate widziała, jak Pies na nią patrzył, kiedy wracała. Wiedział, że nie posiedzi z nim długo, a on znów będzie sam. Zastanawiała się czasami, czy psy mogą mieć wyimaginowanych przyjaciół. Marzyła, by miały taką możliwość.
- Kate, nie marudź, tylko szykuj się. Przyjechać po ciebie? – zapytał z nagłą ofiarnością w głosie. To zjawisko zdziwiło dziewczynę. Tom nie należał do grona najmilszych osób, jakie udało jej się poznać. Mimo to kochała i nade wszystko ceniła sobie jego beztroski stosunek do życia, jego egoizm i arogancję, których uczył ją każdego dnia.
- Co się dzieje? – zapytała bez ogródek, wstając z łóżka i kierując się w stronę łazienki. Sen odszedł w niepamięć, czuła to. Czas, by wróciła silna, nieustępliwa, zawsze wypoczęta Kate. Kate śmiejąca się i tańcząca na stole. Nieprzewidywalna. Bo to z tego właśnie słynęła, czyż nie? Gdziekolwiek się nie pojawiła, zawsze dostarczała ludziom niezapomnianych wrażeń, sprawiając, że wieczory spędzone w jej towarzystwie zapadały w pamięć na całe życie. Zasady w kąt, by się bawić. Kręgi, w których się obracała nauczyły ją, by nie brać życia zbyt poważnie. Po co się martwić, jeśli nie trzeba? Straty będzie widać dopiero po wszystkim, ale po alkoholu i innych używkach będzie miała inne problemy na głowie. Nie liczyło się dla niej to, że była za to potępiana przez większość ludzi. Miała swoją wyspę marzeń, ostoję spokoju i irracjonalnego szczęścia.
- Proszą, abym cię tu ściągnął. Chcą cię poznać, to chyba normalne, no nie? Będę po ciebie za piętnaście do dwudziestu minut. – poinformował ja zanim się rozłączył. Stanęła przed umywalką, patrząc w lustro po raz setny czy tysiączny odkąd się to zaczęło. Szybkim ruchem włożyła do ust dwie białe tabletki i połknęła je, przyciskając palce do warg. Przeciągnęła kredką o powiekach, poprawiając swój idealny makijaż, by razem z brakami zatrzeć poczucie winy, jakie dręczyło ją przez krótki moment za każdym razem, gdy wyczuwała w ustach ten gorzki smak. Roztrzepała włosy. Była gotowa, by stanąć przed nimi i dać przedstawienie, jakiego świat nie widział.


* * *

"Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą. (...) Miłość nigdy nie ustaje...?"

* * *

Proszę o wpisywanie się do Księgi Gości, jeśli chcecie być informowani o nowych rozdziałach na Granicy.

komentarze [10]

"Słowo zza grobu..." >> wtorek, 10 czerwca 2008 16:11:59

Od czego by zacząć... To będzie moja kolejna próba umiejętności pisarskich, jednym słowem - opowiadanie. mam nadzieję, że uda mi się strorzyć je tak, by było inne nić wszystkie, a atmosfera w nim panująca - niepowtarzalna i w pewnym sensie magiczna. Jeśli mi się nie uda - przepraszam. Historia z pewnością smutna, o upadku zrodzonym z dotknięcia gwiazd. O końcu życia z przesytu zdarzeń i emocji, których nie dało się opanować. O braku kontroli nad własnym ciałem i umysłem. O rozpaczliwej próbie odbicia się od dna.

Jeśli chodzi o bohaterów. Z pewnoćią nie są przypadkowi. Od razu zastrzegam, że ich dobor nie jest związany z moimi fascynacjami osobami Toma Rozona, Senjany czy też Billa Kaulitza - oni po prostu byli jedynymi, którzy mogli nadać mojemu opowiadaniu planowany wymiar. Jeśli będziecie mieli jakiekolwiek uwagi, proszę o komentarz - krytyka mile widziana, czasami bardziej niż nieuzasadniona pochwała.

* * *

Szkołę rzuciłam, kiedy postanowiłam uciec z domu. Do przeniesienia potrzebne by mi były papiery i podpisy ojca, wiedziałby więc, jak mnie znaleźć. Jeśli teraz miałabym powiedzieć, czy jestem zadowolona z tego, co zrobiłam... nie wiem, czy drugi raz zdecydowałabym się na taki krok. To trudne i bolesne doświadczenie. Wychodzisz z miejsca, w którym spędziłaś tyle lat, tych lepszych i tych gorszych, do którego jesteś w jakiś sposób przywiązany, by już nigdy tam nie wrócić. Odeszłam, to tam nie było dla mnie miejsca. nie będę opowiadać, co dokładniej mam przez to na myśli. Chyba nie chcę, nie jestem na to gotowa. Pewnie nigdy nie będę na to gotowa. Nieważne. Jest wiele ciekawszych historii niż ta moja, ludzie na pewno z chęcią wam je opowiedzą, ode mnie nie możecie tego wymagać, nie jestem w stanie. Nie potrafię mówić o śmierci mojej matki i siostry, o tym, jak ojciec wpadł w nałóg i zaczął mnie bić. Samej drogi do Londynu nie pamiętam. Wiem, że wsiadłam w pociąg... I stało się. Przestałam się bać. Właściwie, czemu dotykamy tematu mojej przeszłości, zamiast rozmawiać o moich piosenkach, płytach i planach najbliższych koncertów? Z całym szacunkiem, ale przypomina mi to metodę prasy brukowej na podniesienie sprzedaży... Zresztą, to wasza sprawa, o czym chcecie pisać. Nawet, jeśli nie będę chciała mówić a wy dopiszecie coś od siebie, nie popsuje mi to humoru, bo jest już wystarczająco popsuty. Nie pytajcie czemu, i tak nie powiem, to jest moja prywatna sprawa. Czy ma to związek z tym, że zmieniłam producenta? A mogę udać, że nie? Tak, to prawda, mieliśmy trochę... inne spojrzenie na świat. To się zdarza. Stwierdził, że jestem bliska autodestrukcji... No cóż, to jego zdanie, nie będę się nim przejmować. Nie widzę powodu, dla którego miałabym przejmować się tym, co mówi. Może za krótko śpię? Szkoda, że zauważył to dopiero teraz, kiedy jestem uzależniona od kawy... Szczerze mówiąc to całkiem dobrze się tym czuję. To prawda, na początku trochę to mną wstrząsnęło, ale... Jakoś będę musiała to przeżyć. Tylu ludzi mnie już opuściło, że zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Tak, mam tu na myśli nie tylko moją rodzinę ale również... Zresztą, sami wiecie, o kogo mi chodzi... Robiliście nam takie wspaniałe zdjęcia. Właśnie. O niego. Chyba tylko na nim w jakikolwiek sposób mi zależało... Mówię: "w jakikolwiek", bo nie wiem, jak mam właściwie nazwać to, co było między nami. To co, kończymy, prawda? I tak powiedziałam wam już tyle, ile nie ujawniłam od początku mojej kariery, powinniście być więc zadowoleni. Dziękuję.

Wywiad z Kate Mazanowską z dnia 29 grudnia 2007 roku, przeprowadzony dla szanowanego pisma muzycznego, opublikowany 10 stycznia 2008 roku.


* * *

"Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą (...) Miłość nigdy nie ustaje...?"

* * *

Proszę o wpisy do Księgi Gości, jeśli ktoś chce być informowany o następnych rozdziałach opowiadania.

komentarze [4]



Szablon wykonała Gabrielle, wykorzystujšc zdjęcia uroczej Elizy Dushku.
Więcej?



Ślady na przedramieniu... Smutne historie ludzi... Pokochaj narkotyczną miłością... Pozory...

Sznyty...

2008
czerwiec (3)
lipiec (1)
sierpien (3)
wrzesień (2)
październik (1)
listopad (2)

2009
styczeń (1)


Światła...

my-friend-lonelinessdogs-of-edinburghgranicaeleanor-rigby

My own.
O tym, jak to Bolleyn. została oceniającą...
Wojna między Wampirami i Śmiertelnymi jest nieunikniona...







MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com